niedziela, 29 marca 2015

Niech Wam się darzy!

Dostałam wczoraj i dziś dwa, naprawdę przemiłe maile od czytelników. I tak sobie pomyślałam, że to ogromnie zaskakujące, motywujące i fajne, że kogoś nieznanego interesuje to co robię i myślę.
Zaskakujące bo ten blog ( co ciągle powtarzam) to taki efekt uboczny projektu. Brudnopis z tematów, które się przewijają w związku z warsztatami (dlatego taki tu chaos). Pamiętnik dla Roszka (po temu pojawia się tak często). I sposób na przekazanie babciom i milionom cioć co u nas, kiedy jesteśmy daleko.
Nie mniej dużo temu blogasowi zawdzęczam. 
Np. znajomość z Kasią, Agatką i Tomkiem, z którymi byłam w Kurdystanie (Tomek po drodze stał się jednym z moich najlepszych kumpli). I z Olgą, Dagmarą, Pauliną oraz Etienem, którzy działali ze mną na projekcie w Sorokach. 
Poniekąd dzięki blogowi był o mnie artykuł w Wysokich Obcasach. Przeczytały go Natalka i Ania i teraz razem pomykamy po Meksyku... 
I zaproszenie do cudownej szkoły cyrkowej w Mardin- też dzięki temu, że pewna cudna Ola czytała te moje zapiski! I do Krakowa, w Beskidy, Czech i domu dziecka na Sri Lance. 
Za sprawą bloga moja piwnica przypomina hurtownię papierniczą, bo ciągle od jakichś szkół i przedszkoli dostaję tony rolek po papierze toaletowym, flamastry i kredki.  
Kiedyś w kawiarni pewien barman postawił mi ciasto, tłumacząc, że "kojarzy mnie z bloga i fajnie piszę" (byłam w siódmym miesiącu ciąży i czułam się okropnie, więc każdy komplement był na wagę złota). 
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać... Na prawdę też doceniam, fakt że nie odstrasza Was moja dysgrafia. I foty robione przeze mnie półślepą fotografkę, aparatem, który Roszek lubi mazać masłem.
No więc, bardzo Wam dziękuję kochani czytelnicy!!! 
A teraz z okazji Wielkanocy chciałabym Wam złożyć życzenia. Jutro z powrotem jedziemy do dżungli (Roch musi poćwiczyć majański, my też mamy kilka spraw do załatwienia), więc przez najbliższe dwa tygodnie raczej nie będziemy mieć dostępu do internetu. Zatem teraz...

Niech się Wam darzy! 
Niech miłość kiełkuje, radość pączkuje...
I wszystkiego co dobre, zdrowe i zielone (pominąwszy mołdawską gencjanę :) ).

sobota, 28 marca 2015

Casa Guatemala

W związku z warsztatami jestem naprawdę częstym gościem Domów Dziecka. Nie moją rolą jest ich ocenianie ale siłą rzeczy widzę jakie są dzieciaki. Czy ufne, wesołe, łase kontaktu niczym wygłodniałe wilczki czy tak zwyczajnie po dziecięcemu. Czyste czy brudne.*


Nie moją rolą jest ocenianie ale po wizytach w niektórych miejscach mam gęsią skórkę a niektóre wspominam całkiem miło. Na ile oczywiście można mieć fajne wspomnienia z Domu Dziecka. Czy taka placówka (pominąwszy oczywiście rodzinne Domy Dziecka) trochę z założenia nie jest skazana na porażkę? Przecież dziecko na równi z witaminami potrzebuje chwil absolutnej uwagi. A o nią trudno gdy jest jeszcze trzydziestu towarzyszy doli i niedoli. Tak samo z dobrym kontaktem fizycznym i akceptacją.
Z drugiej strony model rodziny taki jak w naszej kulturze, czyli rodzice piastujący opiekę nad dziećmi, nie jest jedynym z tych jakie wymyślił świat. Istnieją przecież kibuce, rozmaite konfiguracje w tradycyjnych społecznościach i td.
Tak sobie dumałam gdy łodzią dopływaliśmy do położonego w dżungli Domu Dziecka Casa Guatemala. Zostaliśmy tam zaproszeni aby przez kilka dni wystawiać teatrzyk dla jego wychowanków.


I wiecie co? Mam sporo nowych tematów do rozkmin, bo wiele z moich dawnych założeń legło w gruzach.

Na przykład na temat liczb:
Zawsze wydawało mi się, że im mniej dzieci w ośrodku tym lepiej. „Dużo” (nie mam tu na myśli rodzin wielodzietnych tylko zbieraninę dzieci we wszelakich instytucjach) utrudnia indywidualne podejście. „Dużo”sprawia, że łatwiej o ukrycie przemocy. „Dużo” to większy hałas i haos, więc jest męczące... Mam naprawdę "Dużo" zarzutów.
Ale w Casie Gwatemala jest ponad setka dzieci i jakoś to działa. Podzielone są na cztery grupy, więc już się ich robi trochę mniej ale ciągle jest ich ogrom. Wszystkie naraz jedzą, bawią się, pływają w jeziorze. Jak zapanować nad taką czeradą? Są świetni wolontariusze (o nich za chwilę, bo sposób na to jak sprawić by byli tak zaangażowani to osobny rozdział) ale poza tym?
Jakoś tak samo wychodzi, że dzieciaki dbają o siebie nawzajem. Nie chcę tu popadać w ckliwy ton ale bardzo się czuje, że dzieciaki mają siebie nawzajem. Że funkcjonuje to jako wartość. Nie stworzyły namiastki rodziny tylko raczej mocną dziecięcą społeczność rządzącą się swoimi prawami i zdaje się, że szczęśliwą. Pewnie niektórzy dostali już gęsiej skórki bo przywołało im to skojarzenie z „Władcą much” Goldinga. Rozumiem-  wyspa, społeczność dzieci... Ale chyba bliżej temu obrazkowi do „Dwóch lat wakacji” Verne. Przynajmniej z boku tak to wygląda.


No i bardzo miło ale jak to osiągnąć? Ano między innymi przykładem. W ośrodku oprócz dzieci i wolontariuszy mieszka dwudziestokilkuletnia upośledzona dziewczyna. Kiedy Lisa miała cztery lata zachorowała na zapalenie opon mózgowych i od tego czasu jest niepełnosprawna intelektualnie. Boryka się też ze strasznymi huśtawkami nastroju. Przez co jest dość upierdliwa. Wolontariusze mają dla niej morze cierpliwości, żartują z nią, pocieszają. Kiedy Lisa się wścieka zaczynają rozmowę o jej ulubionym jedzeniu albo zwierzętach. Choć przecież tak naprawdę jest z tych wszystkich osób najbardziej bezbronna. Łatwiej wytłumaczyć sobie ( i innym), krzyk na rzucającą wiązanki, niezrównoważoną kobietę niż na słodkiego kilkulatka. Myślę, że dzieciaki to widzą i siłą rzeczy przenoszą też na swoje relacje. To oczywiście tylko wierzchołek góry ale moim zdaniem ważny.


Trochę wywróciła mi się też piramida Maslowa.
Bo według piramidy jedzenie jest jednym z komponentów samej podstawy potrzeb. A w Casie Gwatemala (no na reszcie łyżeczka dziegciu w tej laurce) jedzenie jest kiepskie. Niestety. Udało się sprawić aby dzieciaki stworzyły wspólnotę ale wyżywienie tej gromadki to trochę inna para kaloszy. Ciągle jest ryż z fasolą. Albo fasola z ryżem. Dla odmiany czasem trochę ryżu, trochę fasoli. Hahaha, tak sobie bardzo śmiesznie dowcipkuję ale kiedy się je na okrągło tylko to (a przy tym aktualnie jesteś w fazie wzrostu) przestaje być tak zabawnie.
Mimo wszystko dzieci mało chorują. I zdają się być  na naprawdę radosne, śmiałe i pełne energii. Myślę, że duży wpływ ma na to kontakt z naturą (czego jak czego ale tej w Casie Gwatemala nie brakuje).
Często zupełnie zapomina się o jej wpływie na rozwój. I nie uwzględnia w elementarnych potrzebach. A wydaje mi się, że kontakt z nią wpływa nie tylko na zdrowie. Dzięki naturze człowiek czuje się częścią większej, harmonijnej całości.  Być może bluźnię ale wydaje mi się, że natura może dać niektóre wartości, które daje życie w rodzinie.


Przede wszystkim nie przestawałam się jednak zachwycać wolontariuszami. I wciąż przecierałam oczy nad tym jacy są cudowni.
Moje wcześniejsze doświadczenia z wolontariuszami były rozmaite z przewagą rozczarowania (nie mówię tu o ludziach, którzy tworzą ekipę CzujCzuja, ale ja bym nas nie nazywała wolontariuszami bo wszystko się opiera na wymianie).
I to nie dlatego, że to wcześniej byli jacyś źli ludzie. Po prostu przyjeżdżali do organizacji, czy miejsc w których się z nimi stykałam, zupełnie nie przygotowani (i trudno żeby byli bo dopiero  co skończyli liceum czy studia). Nikt nie poświęcał im specjalnej uwagi, więc w obliczu problemów, na które się natykali, szybko się zniechęcali. I wpadali w ciąg imprez albo depresję. Jednocześnie ciągle słyszeli jacy są cudowni, że tak się poświęcają i zmieniają świat (a głównie zmieniali miejsca na balety). Zatem w końcu przyjmowali, że na tym właśnie polega pomoc- odbębnianiu swojej roboty (jak mieli robić ją dobrze jeśli nikt im nie pomógł?) i melanżu z wieczora. Więc cała praktyka kończyła się lekką demoralizacją.
Oczywiście okropnie generalizuję i bardzo (BARDZO!) przepraszam wszystkich tych, którzy poczuli się urażeni bo wkładają w swoją wolontariacką pracę całe serce. Wiem, że i tacy istnieją ale znam niestety mnóstwo historii z drugiego bieguna. Najbardziej chyba utkwiło mi w głowie spotkanie z Hektorem w ośrodku dla bezdomnych dzieci w Gruzji. Hektor był z Niemiec, miał osiemnaście lat i jego jedyne doświadczenie z dziećmi przed wyjazdem do Gruzji, było na letnich protestanckich obozach. Nagle ze swoich uporządkowanych Niemiec trafił w zupełnie inną kulturę, w sam środek piekła (mam na myśli ten ośrodek). I nie było żadnego przewodnika, który by mu pomógł. Kiedy go spotkałam był już w stanie takiego zniechęcenia, że wyklinał na Gruzję i te „cholerne bachory”. A jednocześnie było mu ich żal. I zupełnie nie wiedział jak w sobie to wszystko pomieścić.


No dobra ale teraz o tym jaki wspaniały zespół tworzy Casę Gwatemala. Jak to się stało, że dyrektorce udało się tu ściągnąć gwardię aniołów? Ano chyba się nie udało bo ludzie nie dzielą się na dobrych i złych. Prostu istnieje tu system, który dobrze działa.
  • Uno- wolontariusze dużo czasu spędzają razem a w pobliżu nie ma baru (koniec końców jesteśmy na wyspie w środku dżungli), więc  w obliczu braku innych pokus przenoszą swoją uwagę i energię na pomoc dzieciakom.
Oczywiście sobie kpię ale z tym brakiem pokus to jest coś na rzeczy.
  • Dos- ludzie aby tutaj pracować muszą zapłacić pewną kwotę, około 1200zł. Przed przyjazdem miałam dyskusję na ten temat z koleżanką. Że to wykorzystywanie ludzi, robienie z pomocy produktu i td. Wtedy się z nią w stu procentach zgadzałam, teraz nie jestem tego wcale taka pewna. Po pierwsze dlatego, że przecież utrzymanie wolontariusza kosztuje. Warunki są spartańskie, co do jedzenie to już wiecie ale zawsze. Opłata to też sposób na zniechęcenie osób, które po prostu chcą mieć bezpłatny wywczas w egzotycznym miejscu. Nie wiem jakie motywacje mieli wolontariusze z minionych lat ale kiedy my tam byliśmy cały zespół tworzyły osoby, których celem była zmiana jakiegoś kawałeczka świata. Na przykład pewien nauczyciel z Katalonii, który zamierza spędzić pięć lat pomagając w podobnych ośrodkach . Był już w Kenii, Tanzanii i Peru. Po Gwatemali wybiera się bodaj do Senegalu. „Zwiedziłeś coś Marko?” „Nie to było moją intencją”. Myślę, że  łączenie wolontariatu i zwiedzania nie jest niczym złym ale dobrze jest wiedzieć jakie są nogi motywacji mojej decyzji o wyjeździe. Ale żeby to wiedzieć niezbędna jest jakaś dojrzałość.
  • Tres- Myślę, że nie bez znaczenia jest fakt, że większość tutejszych wolontariuszy to ludzie dobrze po trzydziestce. Jakoś tam ugruntowani. Zafascynował mnie były reżyser z Hiszpanii. Aby zarobić robi coś z energetyką a całą swoją życiową energię wkłada w ten Dom Dziecka. Wcześniej kręcił dokument o problemie braku wody. Wykończyło go to nerwowo i ukojenie znalazł tu. 


Nie wiem czy to są wystarczające składniki by stworzyć Dom Dziecka idealny - przyroda, wspieranie poczucia wspólnoty, dojrzali wolontariusze. Wiem za to ,że Casa Guatemala nie jest idealna – chociażby te problemy z jedzeniem. Inspirująca i wytrącająca z rutyny jest jednak świadomość, że w środku gwatemalskiej dżungli jest miejsce, od którego wiele naszych Domów Dziecka mogłoby się dużo nauczyć.

A jeśli zainteresował Was ten Dom to TUTAJ więcej info.

*
Niektórzy głoszą teorię, że dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Patrząc na mojego synka można by pomyśleć, że jestem jej głównym piewcą ale tak nie jest (choć dopuszczam możliwość istnienia rozmaitych rodzajów brudu, w tym szczęścio- pędnego brudu z błota) . A nawet gdyby tak było to i tak, tej teorii nie znają dzieciaki w szkole i się z zaniedbanych dzieci śmieją.

czwartek, 26 marca 2015

Do czego służy Plac Zabaw?

Do czego służy plac zabaw? Głupie pytanie- do zabawy. Ktoś mi kiedyś napisał, że bez sensu jest jeździć do ośrodków dla uchodźców i robić tam zabawy. Że lepiej było by wesprzeć tych ludzi bardziej materialnie. Ja patrzę na to trochę inaczej i na prawdę myślę, że zabawa to poważna sprawa. Fakt, że istnieje miejsce, które służy tylko zabawie ustawia tą czynność na ważnym miejscu. Jako oczywistą i potrzebną. Ponadto plac zabaw rozwija przy okazji :


  • Małą i dużą motorykę 
  • Koordynację 
  • Planowanie ruchu 
  • Równowagę 
  • Odwagę



A co rozwija recykling?

  • kreatywność,
  • myślenie abstrakcyjne i symboliczne,  
  • wyobraźnię przestrzenną
i tyyyyle innych rzeczy.

A kiedy połączyć recykling i place zabaw to jest już na prawdę jedno wielkie dobro!
Dlatego razem z cudowną organizacją Rice Now budujemy w Palenque ogród z opon. Ze słoniami, piramidą, końmi i tronami. Odwiedźcie go koniecznie kiedy tam zajedziecie. Napiszę o tym jeszcze ale kiedy indziej bo póki co padam po kolejnym dniu wycinania i malowania. 


poniedziałek, 23 marca 2015

Kościół w Chamuli

Kiedy wchodzi się do kościoła w Chamuli trzeba podpisać specjalny cyrograf, że nie będzie się robiło zdjęć. "Ok- nie ma sprawy"- podpisujemy ale nagle słychać przeszywający huk. Nie mamy czasu się nawet rozejrzeć bo oto idzie procesja około dwudziestu mężczyzn. Ubrani w białe futrzaste kamizele grają na akordeonach, rogach i bębnach. Monotonnie ale w sumie bardzo ładnie. Co jakiś czas, muzyk z listkiem Marihuany na czarnej bejsbolówce rzuca petardą. Stąd ten huk. 
Korowód wszedł do środka, za nimi kobiety z miasteczka, na końcu my. Siadamy na wyłożonej igliwiem podłodze. Trochę się obawiam aby Roś nie poprzewracał stojących wszędzie długich, cienkich świec. Jesteśmy tu razem z kobietami, mężczyźni (nie przerywając grania) idą głębiej. Nie bardzo rozumiem jaki charakter ma ten kościół, chyba jest specyficzną mieszanką rozmaitych wierzeń. Nie ma kazania (nie widzę też żadnego duchownego), tylko ta specyficzna muzyka. Widzę jak jakaś kobieta bierze lekko śniętą kurę, okadza ją przy świecach i zaczyna nią okładać na oko sześcioletnią dziewczynkę ('' To na wyleczenie płuc''- tłumaczy mi jedna z kobie gdy robię wielkie oczy.) Na ścianach nie brakuje jednak figur chrześcijańskich świętych. Na szyjach mają lusterka ("to aby odbijać złe duchy"- tłumaczy mi dziewczynka z warkoczem, kiedy przeglądam się jak jakaś głupia, w jednym). Gotowych do tłumaczenia nie brakuje. Cały czas jesteśmy pod baczną acz życzliwą obserwacją a to chyba za sprawą Roszka. Para Amerykanów, która wślizgnęła się tuż po nas nie budzi specjalnego zainteresowania. Roszek wprost przeciwnie. Kiedy zaczynam go karmić słyszę pomruk aprobaty i kobiety wskazują na swoje dzieci. Przekazujemy sobie niekończące się uśmiechy, w końcu jakieś dziecko przychodzi z wiankiem z igliwia. A co my Wam możemy dać? Nie wiele... Wychodzi na to, że potrafimy się tylko uśmiechać. No dobra, ewentualnie jeszcze tańczyć, i chyba właśnie jest na to odpowiednia pora i miejsce. Kilka osób wstało i miarowo kołysze się do melodii. Ledwo my rozprostowujemy nasze starcze kości okazuje się, że trzeba usiąść bo wszyscy podają sobie kieliszek. Jeden z mężczyzn nalewa do niego wódkę z kukurydzy. Dzieciaki aż się nachylają aby zobaczyć czy uwzględnię Rocha w kolejce. Widzę, że tutejsze maluchy piją i mają się dobrze ale wolę nie próbować. Po wódce idzie kolejna runda, tym razem z coca colą. Trochę surrealistyczna ta cola w świątyni. Jak ze zmory nocnej antyglobalisty.

poniedziałek, 16 marca 2015

Cyrki z hipisami

- Musicie przyjechać do Mazunte, tam będzie festiwal cyrkowy, na który zjeżdżają się wszyscy hipisi - zakomunikowała nasz dobra dusza w Meksyku Ola Synowiec.
- Hipisi powiadasz...

***
Obecnie – niech Was nie zmylą te kolorowe kiecki i styl życia- nie wiele we mnie z dziecka kwiat. Czasem mam wrażenie, że pewien czas temu zamieniłam się niechcący na dusze z protestancką matroną. Dlatego jakaś matka piątki dzieci tańczy teraz tak (może tylko w głowie)
 

a ja rozmyślam o zasadach i hołubię silnej woli.
Za to w czasach słodkiej nastoletniości nie byłam dzieckiem kwiat tylko całą łąką! Razem z moją przyjaciółką (która wyrosła na dobrze rokującą artystkę) snułyśmy hipisowskie wizje: naiwne, niewinne i musujące niczym oranżada Helena. Choć w modzie byli skejci i metale, my sunęłyśmy przez chodniki – ciągnąc za sobą wszelkie śmieci- w gigantycznych dzwonach (Iza miała lepsze bo dżinsowe, ja trochę obciachowe, szyte przez babcię). Szczyt naszych marzeń zostałby osiągnięty gdyby życie zamieniło się w musical. Niestety życie za nic nie chciało na to przystać. Metale z Barbakanu (córy i synowie po hipisach jak sądziłam) okazali się mniej milusińscy niż przewidywałam. Wreszcie urosłam też na tyle by sięgnąć do półki z książkami wyższej niż tej, na której znajdowała się ''Dolina Muminków'' i dowiedziałam się o narkotykach, sprzedanych ideałach eks hipsów dziś jupisów i kilku innych gorzkich rzeczach.


Przyjechałam do Mazunte pomna tej lekcji -  wszystko ma dużo odcieni. ''Pamiętaj Ola, że ci twoi hipisi, których wyobraziłaś sobie mając 13 lat po prostu nie istnieją. Skleiłaś sobie bohaterów z Hair i ekipę Troskliwych Misiów, naiwniaczko. Po plaży nie będą galopować jednorożce. ''- powtarzałam pod nosem, zupełnie jak wariaci na filmach.
I mogłabym na tym zakończyć – taka tam opowiastka o dorosłości i bezpowrotnym traceniu złudzeń. Gdybym nie dotarła do Mazunte.
Jednorożec podobno narobił mi na koc ale go nie widziałam. Za bardzo byłam pochłonięta chodzeniem po linie. 


No właśnie, tak się rozgadałam o tych hipisach a peace and love jest tylko dodatkiem. Chodzi o cyrk. O to aby się spotkać i podzielić sztuczkami. Chyba właśnie dlatego wszystko było jak wizjach infantylnej 14- latki. Żonglerów tak wielu, że czasem miałam wrażenie, że piłki, chustki i maczugi, które wciąż krążą w powietrzu to jakiś tutejszy gatunek chrabąszczy. 


Łatwiej o ludzi z nosem clowna niż w dżinsach. Co jakiś czas przejeżdża Ci przed nosem dzielna mama monocyklystka ze zrelaksowanym bobasem w chuście na plecach. 
A wieczorem cyrkowy spektakl. Czasem zapierający dech. Czasem żenujący bo clowni durni (muszę dodać jakąś łyżkę dziegciu bo biedni czytelnicy, jeśli dotarli do tej linijki i jeszcze nie padli zasłodzeni, dostaną cukrzycy przy ostatniej kropce). Czasem zaangażowany społecznie. Na przykład o GMO.
A poza tym muzyka. Mnóstwo muzyki.
Ale o tym następnym razem bo właśnie zaczynamy przygodę z gwatemalską dżunglą i nie mam jak wgrać :)

piątek, 13 marca 2015

Lubim/Nielubim

Dzielenie świata na lubię-nielubię to często pójście na łatwiznę. Czasem dobrze jest jednak stwierdzić co się nam w otoczeniu podoba. I nie podoba. Czasem rozwijające jest samo odkrycie, że można wyrazić swoje zdanie i innych to ciekawi. Takie pytania stawiamy na warsztatach a do odpowiedzi dajemy aparat. Zatem dziś posłuchajcie (a raczej zobaczcie) co wkurza i zachwyca w Molino dos Arcos:

Luis, 10 lat

lubi zwierzaki

a nie lubi pracy


Ismail, 6 lat

lubi się wygłupiać




a nie lubi kupki

Juab Ignacio, 10 lat
 lubi nowe motory




nie lubi starych motorów (do kumpli nic nie ma)



Eduardo, 6 lat

lubi Maritę Rosę

nie lubi Alejandra

Julio Cezar,  5 lat

lubi Zapatystów

i samochody


i kolegów


i mówi, że jest jeszcze za mały by czegoś nie lubić.

wtorek, 10 marca 2015

Nie samym słodkim człowiek żyje

Jakiś czas temu ten śmieszny, robiony po godzinach blog dostał się na listę (sporządzoną przez Rodzinę Bez Granic), najlepszych blogów o jeżdżeniu po świecie z dziećmi.
Nie wiem czy specjalnie tam pasujemy- to o czym tu piszę to takie mydło powidło o wszystkim co się dzieje wokół projektu- ale bardzo mi miło. A skoro już tam (trochę poza konkursem) jesteśmy to napiszę co myślę o tej kontrowersyjnej/modnej/oczywistej mieszance jaką są dzieci i podróże.

Ania ze wspomnianej rodzinki napisała kiedyś bardzo fajny tekst o tym jak jeżdżenie po świecie wpływa na dzieci. Nie będę się w tym temacie powtarzać.
Od siebie dodam tylko tyle, że dla mnie to po prostu cudowny sposób na wspólne bycie. Kiedy Roszek- mocno niezaplanowanie- zakomunikował, że istnieje, wiedziałam, że najważniejsze by nie czuł, się niechcianą niespodzianką. I, że mamy nowego towarzysza naszego życia, więc to oczywiste- przez jakiś czas- wszystko będziemy robić razem. Nie ważne gdzie.



Byłam wtedy w trakcie podróży po byłym ZSRR, więc postanowiłam kontynuować mój voyage.
To był szalony czas- Turcję praktycznie przespałam, piękny Kaukaz praktycznie przeżygałam (dzieci na warsztatach zdjęły buty, ja... Nie podpasował mi zapach pytanego o godzinę pijaczka, więc...). A potem warsztaty w ośrodku dla uchodźców z Syrii w Iraku i rozpieszczando przez wszystkich napotkanych na drodze ludzi.
O tym co dookoła opowiadałam fasolce, która okazała się być synkiem. A kiedy wróciłam do Polski przecudowna doula Kasia Barszczewska zaoferowała, że poprowadzi moją ciążę dalej. Całkiem za darmo. Bo czytała mojego bloga i spodobało jej się to co robię.



Kiedy Roszek pojawił się na świecie, wiedziałam, że to nie koniec przygód i szukania skarbów ale uwzględniałam opcję, że przeniesiemy się z CzujCzujem trochę bliżej. Dzięki latom pracy z dziećmi z zaburzeniami rozwoju mam całe pokłady – tego słowa nauczyłam się od Violetty Villas- pokory. Dzieci nie są całkiem białą kartką kiedy przychodzą na świat, mają własny temperament i wrażliwość. Przy wyjątkowo drażliwym, chorowitym czy pobudliwym sensorycznie dziecku podróże mogłyby być koszmarem. A skarbów i przygód można szukać też blisko. Przykro mi, że zupełnie nie docenia się lokalności. Mało mówi o odpowiedzialności za miejsca. Uwielbiam stan podróży ale myślę, że sam w sobie nie jest wartością. Wartości to miłość, przyjaźń, ciekawość. I dogłębnego poznanie, które wymaga czasu. I więzi, o które łatwiej dbać kiedy jest się blisko. Nie przepadam za powiedzeniem „Świat jest jak książka. Kto nie podróżuje czyta tylko jedną stronę”. Bo wpędza domatorów i lokalnofilów w poczucie niższości. A co z tymi, którzy chcą poznać i zrozumieć tą jedną stronę bardzo dokładnie? I mają na jej temat mnóstwo przemyśleń? Lepiej pochopnie przekartkować książkę? Myślę, że – wybaczcie całowałam się wczoraj z samym Paulo Coelho- naprawdę nie ważne jest to gdzie jesteśmy, tylko to jaki ogród mamy w środku. Bo to nasza perspektywa kształtuje rzeczywistość. A wspólne bycie, o którym wspomniałam na początku można realizować na rozmaite sposoby.


Tak sobie dumałam, działałam lokalnie i przyglądałam się Roszkowi, który jednak okazał się urodzonym podróżnikiem. Kwiczy ze szczęścia kiedy widzi obcych, je wszystko (pierwsze smaki poznawał na cygańskiej kuchni w Mołdawii, więc kubeczki smakowe ma wyrobione), choruje z rzadka. Zatem najpierw były romskie osady w Polsce, potem w Mołdawii, Rzym i Kurdystan a teraz Meksyk. 



Mimo wszystko podróż z nim nie jest zawsze tylko krówką ciągutką. Tak samo jak samą słodyczą nie były samotne woyaże. Ani te z chłopakiem, przyjaciółką czy paczką znajomych. Na szczęście jeśli ma się dużo samozaparcia to we wszystkim można znaleźć sposób na samodoskonalenie. Zatem jeśli podróżujesz z dzieckiem, możliwe, że dostaniesz dobrą lekcję:


Cierpliwości i empatii bo czasem:
  • Dzieci w podróży chorują
Oczywiście te w domu też łapią infekcje ale w podróży jest to szczególnie uciążliwe. Bo trudniej dogadać się z lekarzem. Zdarza się, że okoliczna ludność wpada na pomysł, że wyleczy Twe pacholę okładając je żywą kurą. W innych miejscach na byle kichnięcie chcą przepisać penicylinę. Bo wirusy inne. A kiedy tyle ciekawego wokół to można mieć poczucie, że coś się traci.
  • Dzieci w podróży bywają marudne
To też zdarza się wszędzie ale niewygody przejazdów, dziwności, brak starych kolegów i tak dalej, są szczególnie marudopędne. Z drugiej strony te nowości, egzotyka, przyroda mogą być powodem mnóstwa radości.

Dystansu i asertywności :
  • Nieznajomi będą Cię oceniać 
Stwierdzą, że jesteś idealnym rodzicem (tylko dlatego, że podróżujecie). Inni oznajmią, że jesteś synonimem nieodpowiedzialności (tylko dlatego, że podróżujecie)
  • Dzieci czasem płaczą:
Na co niedzieciaci współpasażerowie i współmieszkańcy (hostelu, cmapingu et. Cet.) mogą fukać i się krzywić
  • Twoje dziecię będzie zwracało uwagę
W wielu kulturach wszyscy będą chcieli szczypać małe-słodkie-policzki, częstować mordoklejkami, pozować z maluchem do miliona zdjęć. I to wszystko bywa fajne ale nie zawsze zgodne z tym czego chce dziecko albo z tym jaki my mamy pomysł na dietę, role w rodzinie, bezpieczeństwo i tp.
Ja czasem mam kłopot z tym stawianiem granic. Np. gdy Cyganki koniecznie chciały ciepło ubrać Rocha, choć w moim odczuciu było gorąco. One mu oddawały wszystko co najlepsze łamały stereotyp,pokazywały, że też się mogą podzielić i innych uczyć. Więc aby ich nie urazić po prostu rozbierałam go za rogiem. Z kolei w kościele w Czamuli w ramach obrządku wszyscy poili się wódką a potem cocacolą. Indiacheńskie dzieciaki aż wstały by zobaczyć czy postępuję zgodnie z tradycją i czy dam Roszkowi chlusnąć sobie szota (nie dałam).



Uporządkowania hierarchii ważności bo:
  • Podróże z dziećmi więcej kosztują.
Nie chodzi mi tu o to, że dziecku też trzeba kupić bilety, miejsce w hotelu i tak dalej.
Po prostu kiedyś jeździłam za naprawdę śmiesznie mało. Zdarzyło się, że wróciłam z Mongolii za 50zł. Przejechałam całą Europę przez miesiąc za tysiaka. I choć dalej poluję na przygody i wyzwania to nie mogę sobie pozwolić na to aby Roszek był głodny czy żeby spał na przystanku. Więc zawsze muszę mieć w portmonetce rezerwę na nieoczekiwane sytuacje. I kupić zdrowe jedzenie a nie byle co (kiedyś przez tydzień jadłam tylko arbuzy aby zostać trochę dłużej w Rumuni). I zainwestować w trochę lepszy standard jeśli to może wpłynąć na jego samopoczucie. Czyli po prostu o nas zadbać, co zazwyczaj wszystkim wychodzi na dobre.
  • Zmienia się podejście do bezpieczeństwa i spontaniczności
Kiedy okazało się, że jestem w ciąży to moja pierwsza, poza niedowierzaniem i radością, myśl brzmiała tak: „skończyło się jeżdżenie pociągiem, leżąc pod ławką, na której siedzi czternastu Hindusów”. Rok wcześniej właśnie w ten sposób przemieszczałam się po Indiach. Wiem, że moja logika nie była specjalne dojrzała ani wzniosła ale musiałam sobie szybko przestawić, że teraz – na jakiś czas, bo kto wie czy 14 letni Roch, nie wskoczy ze mną ochoczo do takiego pojazdu- wybiorę jednak mniej hardkorowe środki transportu. Albo nawet jeśli zostanę przy tych ekstrawaganckich (przerabialiśmy już wspólnie autostopy i cygańskie wozy) to się najpierw znacznie dłużej zastanowię.


Ta dłuższa chwila refleksji odnosi się nie tylko do podróży. Teraz w Meksyku o mało a załapałabym się na ceremonię Pejote. Myślę, że to fascynujące doświadczenie, rzucające wiele światła na tą kulturę i być może, kto wie poszerzające stany świadomości. Ale sorry, nie wyobrażam sobie, żeby z Rochem pozwolić sobie na utratę kontroli (choć podobno indacheńskie mamy chodzą na takie ceremonie z niemowlakami). Teraz zanim wskoczę w szalone zdarzenie wypisuję za i przeciw. Bo jest ktoś mały, bezbronny i bardzo zależny.

Ta odpowiedzialność jest chyba najtrudniejsza. Ale jak prawie wszystko ma też drugą, pyszną stronę. Za to, że teraz jest tak fajnie też poniekąd ja odpowiadam. I kiedyś będziemy mogli mu to wszystko opowiadać a z czasem razem wspominać.
A ten trudny, czasem nudny, słodki i piękny czas gdy maciupek jest maciupkiem trwa naprawdę bardzo bardzo, krótko.

niedziela, 8 marca 2015

Czego się boją meksykańskie dzieci?

Czego się boją meksykańskie dzieci?
Llorony. I laleczki Chucky. I siostry laleczki Chucky. I narzeczonej laleczki Chucky... A także włochatej ręki. Takie odpowiedzi padają najczęściej, kiedy po spektaklu o Bazyliszku pytamy dzieci o ich strachy.

Llorona to duch mitycznej kobiety, która nie może zaznać spokoju po tym, jak utopiła swoje dzieci. Laleczki nie będę przedstawiać, bo pewnie ją znacie. Podejrzewam jednak, że dowiedzieliście się o jej istnieniu nieco później, niż w przedszkolu. Fakt, że dzieciaki wymieniają upiorną Chucky (i jej familię), to być może symptom tego, jak w meksykańskiej kulturze ludzie radzą sobie ze strachem. Że - podobnie jak w przypadku śmierci - przyjmują go i oswajają na rozmaite sposoby: przez śmiech, komiksy o nekrofilskiej Babie Jadze czy familijne oglądanie horrorów.

A wiecie, czego się boją (co bardziej przesądni) rodzice?
Chupacabry. Jest to legendarne latynoamerykańskie zwierzę, które rzekomo żywi się niemowlakami.

Skąd to tworzenie sobie mitycznych strachów?
Potwory z bajek czy horrorów są o tyle bezpieczne, że zawsze możemy przerwać słuchanie opowieści (oglądanie). Taki "świadomie dozowany" strach działa trochę jak szczepionka. A w rzeczywistości nie brakuje powodów do lęku i niepokoju. Wiadomo, że wszystko zależy od domu, w którym się wychowujesz. Robiliśmy warsztaty i w wypasionym alternatywnym przedszkolu, w którym nad każdym dzieckiem się chucha i dmucha i w takim, w którym część maluchów była owocem kazirodczych związków. Bardzo dużo dzieciaków (zwłaszcza w biedniejszych stanach) pracuje. Widok kilkulatka pastującego buty czy wydającego numerki w szatni na plecaki w supermarkecie, nie jest tu niczym niezwykłym. Poza tym przemoc wprost wylewa się z mediów. No i jeszcze coś co może nie wpływa bezpośrednio na poziom lęku ale na pewno na poczucie własnej wartości. A mianowicie...



Kolor
Biały to tutaj to samo co ładny. „Lubię Roszka bo jest taki jasny”- padło w zabawie, podczas której trzeba było rzucić włóczką do wybranej osoby i powiedzieć jej coś miłego. Ciągle to pada. Słowo Indianie (dla mnie brzmiące równie neutralnie jak Słowianie) jest tu czymś obraźliwym i nie wypada go używać. W reklamach, telenowelach, bajkach – same blondynki i wysocy blondyni. Wystawiana przez nas legenda o Warsie i Sawie (on był człowiekiem a ona syreną ale mimo różnic się pokochali) jest zawsze pretekstem do rozmowy o tolerancji. Większość dzieciaków zachowuje poprawność polityczną ale praktycznie zawsze trafia się jakieś, które szczerze się dziwi, że kolor skóry nie jest przeszkodą w przyjaźni czy miłości.

Dobre
Ok, ale o każdej kulturze i o każdym kraju można napisać z różnych stron, prawda? Mieliśmy szczęście robić warsztaty w cudownym rodzinnym Domu Dziecka – Casie Hogar. Prowadzony przez protestancką rodzinę, profesjonalnie i z miłością, z wielkim domkiem na drzewie, obiadami przy wspólnym stole – jest jak wizytówka takich placówek. Państwo nie specjalnie przejmuje się tym miejscem, są też dyskryminowani ze względu na religię (Meksyk jest mocno katolicki) ale nie brakuje ludzi, którzy pomagają. I bardzo to widać po dzieciakach...

                                                               fot. Krzysztof Hanusiak

Co zrobić ze smutkiem?

… które z zaangażowaniem i radością uczestniczyły w naszych warsztatach. I zrobiły piękne kartki z instrukcją obsługi jak poradzić sobie ze smutkiem dla swoich rówieśników z Marzycielskiej Poczty, Misi z Daj Słowo Misi i naszych przyjaciół. Muszę teraz szybko znaleźć pocztę!


Kim tak naprawdę jest Pato de Oro?
I jeszcze na koniec jedna historia, która (moim zdaniem) mówi trochę o małych Meksykanach. Na zakończenie legendy o Złotej Kaczce (która najpierw obdarowała naiwnego Lutka, a potem kiedy - wbrew jej zaleceniom- podzielił się z weteranem wojennym, wszystko mu zabrała) zawsze pojawia się temat dzielenia, chciwości i tego co jest dla rożnych ludzi ważne. Na początku padało też (chyba trochę zbyt enigmatyczne) pytanie „kim tak naprawdę była Złota Kaczka”. „To proste”- odpowiedział chłopiec na warsztatach w Xalapie. "To
Enrique Peña Nieto.” Czyli prezydent Meksyku.

sobota, 7 marca 2015

przepis na mole


Przygotuj
  • 6 udek kurczaka bez kości i skóry
  • sok z dwóch limonek
  • 1/4 łyżeczki soli morskiej
  • 1/4 łyżeczki pieprzu czarnego
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 mała posiekana cebula
  • 2 ząbki czosnku, mielone
  • 2 papryki serrano, nasionami i posiekane (ponieważ w Polsce trudno o te wszystkie gatunki papryki od biedy można je zastąpić po prostu „pikantną papryką w proszku”)
  • 1 pasilla chile, nasionami i posiekane
  • 1 łyżeczka chili w proszku
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 2 łyżeczki suszonego oregano
  • 1 łyżeczka mielonego kminku
  • 2 szklanki sosu pomidorowego ze słoika
  • 3/4 szklanki bulionu z kurczaka
  • 1/2 szklanki startej gorzkiej czekolady 
  • 1 średnie awokado

Działaj!
  • Zamarynuj kurczaka w misce z sokiem z limonki, solą i pieprzem (przez 1 godzinę)
  • Podczas kiedy kurczak będzie się marynował: w dużym garnku podgrzej oliwę z oliwek a na średnim ogniu. 
  • Dodaj cebulę, czosnek, paprykę i pasilla serrano. Duś przez 5 minut.
  • Dodaj chili w proszku, cynamon, oregano i kminek. Mieszaj przez 1 minutę.
  • Dodaj sos pomidorowy i bulion z kurczaka.
  • Doprowadź do wrzenia i dodaj czekoladę.
  • Dobrze wymieszaj i zmniejsz ogień. Niech sos się gotuje przez 15 minut, mieszaj od czasu do czasu.
  • Rozgrzej piekarnik na 180 stopni. Piecz w nim kurczaka przez 15 do 20 minut.
  • Wyjmij kurczaka z grilla. Pokrój w poprzek na 8 kawałków. Polej sosem i podawaj z kawałkami awokado.

Ten sos najlepiej smakuje z kurczakiem, ale można go podawać też do innych dań i mięs, np. do indyka, krewetek czy wieprzowiny.
Zachowaj wszelkie resztki w lodówce; ożywi prawie wszystko, od przypieczonego schabu po sadzone jajka. I pamiętaj, aby mieć dużo serwetek pobliżu podczas jedzenia!
Kiedy rozsmakujesz się w tym cudownym sosie, to nie ma opcji aby nie pojawił się również na Twojej koszuli, twarzy i pod paznokciami.

piątek, 6 marca 2015

kilka historii o Mole

A tym nas karmiono na meksykańskim weselu


   


Ten ciekawy słodko pikantny sos to Mole Poblano. Dla wielu ludzi jest par excellence mol i często bywa nazywany meksykańską potrawą narodową. Początkowo sam termin „Mole” odnosił się jednak do praktycznie każdego sosu. Obecnie nazywa się tak grupę potraw, które mają pewną określoną (niezidentyfikowaną przeze mnie) bazę. Jest to najczęściej serwowany sos na weselach, urodzinach i chrzcinach. Kojarzy się z uroczystościami do tego stopnia, że powiedzenie „ ir a un mol” oznacza iść na wesele
Kiedy odkryłam kuchnię gruzińską ze zgrozą ale i fascynacją stwierdziłam (tak, tak, wiem, ze cytowanie samej siebie nie należy do najbardziej eleganckich czynności. Niestety maniery zostawiłam w domu), że na poznawanie kaukaskich serów można by poświęcić pół życia. Jeśli nie wiesz co zrobić z drugą połową proponuję zagłębianie sekretów mole.
Zagłębianie można zacząć od przyjazdu do Oaxaki. Stan nazywany jest "krainą siedmiu mole":
mol negro,
Colorado,
Amarillo,
Verde,
chichilo,
Coloradito
i
Mancha Manteles.
Wszystkie różnokolorowe i oszałamiająco pachnące, oparte na wykorzystaniu konkretnego rodzaju chili i ziół. Zapach gotowych mieszanek sprzedawanych na kilogramy w proszku jest na tyle oszałamiający, że środki bezpieczeństwa na lotnisku w Mexico City przyznały, że mole, mogą się zarejestrować pozytywne, przy testach na posiadanie materiałów wybuchowych.
Jeśli mole nie wzbudza w Was żadnych emocji, to teraz przejdę do kontrowersji. O Mancha Manteles toczą się bowiem małe wojny. Choć w Oaxace zalicza się go do poczetu moli, niektóre molowe autorytety (tak, tak istnieją ludzie, którzy naprawdę spędzają życie na zgłębianiu jakiejś potrawy) twierdzą, że tak naprawdę tak naprawdę gulaszem z kurczaka i owoców. Zdaniem tych krytykantów istnieje sześć rodzajów Moli. Susan Trilling w książce Moje poszukiwania siódmego Mole: Historie z Oaxacy, szuka tego nieuchwytnego siódmego mol. Dodatkowo, inny stan Puebla uważa to danie za własne.
Zresztą to co nam proponuje Oaxaca to dopiero namiastka. 


Na przykład w reregionie Tehuacan, Puebla, jak również region Huajuapan de León, Oaxaca w Meksyku możecie spróbować Hop Mole. Przygotowuje się go z chili guajillo, pomidorów, liście kolendry i awokado, fasoli. Bardzo ważnym składnikiem jest też koźlina (przede wszystkim kręgosłup i biodra). To mole posiada funkcję rytualną i jest serwowane tylko w niektóre święta (częściowo ze względu na uciążliwe przygotowania) Co roku (od października do grudnia) odbywa się specjalny festiwal Tehuacan podczas którego podczas specjalnego tańca ubija się kozy, przeznaczone właśnie do Hop mole.
W Gwatemali mianem Mole określa się deserowy deser z czekoladą, suszonym chilli, pomidorami i pestkami dyni. Jest często wylewany na smażone plantany, i serwowany z sezamem.
Wszystkie mole są bardzo czasochłonne, pracochłonne i wymagają wielu składników. Niektóre źródła podają, że niektóre mogą mieć aż 100 składników, ale to chyba przesada. Jednak 30 składników nie jest niczym dziwnym, a niektóre przepisy zawierają 10 odmiany samego chili. Inne często występujące składniki to: orzeszki ziemne, migdały, smażony chleb, platany, smalec, cukier, gorzka czekolada, cynamon, goździki. Składniki są palone i mielone na drobny proszek lub pastę. Ten proces prażenia i mielenia jest najbardziej pracochłonny i trwa co najmniej dzień. Tradycyjnie, ta praca została dzielona przez kilka pokoleń kobiet w rodzinie, ale po pojawieniu się blenderów spokojnie poradzi sobie z tym jedna gospodyni (a nawet może skorzystać z gotowej sproszkowanej bazy).
Podobno każda meksykańska pani domu ma swój własny przepis mole, najczęściej przekazany od matki (której przekazała babka). Ponieważ przygotowanie mole zajmuje tak dużo czasu na robi się go zazwyczaj w dużych partiach, i hojnie się nim dzieli z sąsiadami. Nie jest niczym niezwykłym, obraz kobiety idącej do domu z wiadrami zawierającymi sos po fieście. 


Wiele miast ma swoje mole festiwale a czasem, kiedy ślady sosu nosi na policzkach prawdopodobnie każde dziecko jest Cinco de Mayo . Jest to święto upamiętniające Bitwę o Pueblę z 5 maja 1862. Fakt, że źle wyposażeni i mniej liczni Meksykanie pokonali wówczas najpotężniejszą armii na świecie Napoleona III we Francji, jest źródłem wielkiej dumy narodowej i poczucia własnej wartości. Obchodzone jest jednak z większą gorliwością przez Meksykanów mieszkających w Stanach Zjednoczonych niż w samym Meksyku. Jedynym wyjątkiem jest stan Puebla, a zwłaszcza same miasto Puebla. Co roku, 5 maja organizuje się tu wielką paradę oraz rekonstrukcję bitwy na polu, gdzie miała ona miejsce. Uroczystości, jak zawsze w Meksyku, towarzyszy mnóstwo jedzenia: w tym przypadku główną atrakcją jest mole.


Ja jednak raczej nie spędzę połowy ani nawet ćwierci życia w Meksyku choć piękny i fascynujący. Coś mi się zdaje, że jeśli już miałabym poświęcić część życia jakiejś kuchni to byłaby to kuchnia Romów. Słodko konkretna i nieoczywista. Zupełnie jak mole poblano, które zawiera mnóstwo czekolady i jest słodko pikantne. Kogo więc mogę ciągnę za język o historie związane z tą potrawą.
I chyba wybrałam całkiem ciekawy obiekt bo zdobyłam już cztery legendy dotyczące jego powstania.
  • Pierwsza mówi, że w Xvi wieku zakonnice z klasztoru Santa Rosa w Puebli wpadły w panikę na wieść, że z wizytą przyjdzie sam arcybiskup. Nie wiedziały bowiem czym go poczęstować. Zaczął się modlić tak rozpaczliwie, że wreszcie przybył do nich z inspiracją anioł. Po gastronomicznych wskazówkach z niebios zaczęły siekać, mielić i mieszać wszelkie rodzaje chili jakie miały pod ręką. Dodały do tego rozmaite przyprawy, jednodniowy chleb, orzechy, czekoladę... I jeszcze trochę innych składników, wszystkich około dwudziestu. Miksturę przez kilka godzin cierpliwie gotowały aż została zredukowana do gęstego, słodkiego sosu mole poblano, który znamy dzisiaj. Siostrzyczki zabiły jeszcze jedyne zwierzę jakie miały czyli starego indyka i ów dziwny sos wylały na niego. A Arcybiskup? Wszyscy, którzy opowiadali mi tą historię kończyli enigmatycznym „był bardziej niż zadowolony”.
  • Według innej legendy mole poblano pochodzi z czasów kiedy do Meksyku przybyli Hiszpanie. Król Azteków Montezuma, myślał że konkwistadorzy byli bogami, więc wymyślił (on lub znając życie jego anonimowy sługa) najbardziej pożywny i pyszny sos by należycie przyjąć gości z nieba. Legenda ta jest o tyle mało prawdopodobna, że dla Azteków pomysł wykorzystania czekolady jako przyprawy w gotowanej żywności (opróćz nakarmienia Bogów też się przeceż tą potrawką raczyli) byłby równie szokujący jak dla chrześcijan, wykorzystanie wina z Komuni do, powiedzmy, coq au vin. Na wszystkich stronach Sahagun, które zajmują się kuchnią Azteków i czekoladą, nie ma śladu, że kiedykolwiek weszła w azteckie naczynia.
  • Diana Kennedy (słynna w Ameryce kucharka telewizyjna), w swojej książce Kuchnie Meksyku dodaje trzecią wersję. Wedle niej też koło XVI wielu niejaki mnich Fray Pascual przygotowywał ucztę dla arcybiskupa. Nagły podmuch wiatru nadleciał do kuchni i pomieszał składniki w wyniku czego powstało mole.
  • Ostatnia teoria jest taka, że to Hiszpanie przywieźli sos do Meksyku i od nich przejęli go tubylcy.
Prawdziwa historia być może nigdy nie zostanie poznana. Pewne jest, że pierwsze receptury na mole pojawiły się dopiero po meksykańskiej wojny o niepodległość w 1810 roku.