czwartek, 31 stycznia 2013

Golyazı

Od prawie dwóch miesięcy jestem w ciąży.


Za namową mojej pani doktor (i zgodą taty fasolki) postanowiłam kontynuować podróż. Bycie w ciąży to jak lot w kosmos ale na czujczujową wyprawę przygotowywałam się i zbierałam pieniądze ponad cztery lata. W Polsce zostawiłam pracę i zamknęłam rozmaite rozdziały. Jako ciężarnej trudniej było by mi znaleźć zajęcie tak idealne jak to, które mam z dzieciakami na ulicy. Tu to ja wybieram godzinę rozpoczęcia i czas trwania. Bałam się, że jeśli zostanę w Polsce to zwariuję z nadmiaru niewykorzystanej energii i żalu nad niezrealizowanym marzeniem. A to odbije się na dzidzi. Zatem może dla bezpieczeństwa odpuszczę sobie iracki Kurdystan ale poza tym… „Będę w ciąży rączym jeleniem, zwinną gazelą, ciąża to nie choroba!”- powtarzałam z takim samym przekonaniem jak fakt, że stolicą Gruzji jest Tbilisi. Które zresztą zdążę przed porodem odwiedzić. I Baku, i Erewań… „Och wszędzie na świecie są kobiety w ciąży, byleby fasolka była bezpieczna. Będę jeść dużo ryb, łykać kwas foliowy i w egzotycznych warunkach budować więź z maleństwem, które rośnie w środku.”
Nie wzięłam pod uwagę jednej kwestii. Że w moim wypadku ciąża objawi się tak, jakby (niczym z medycznego horroru z lat 60), wycięto mi osobowość i zamieniono z pierwszym z brzegu misiem Koalą. Na początku się starałam. Ja to ta, która nawet myjąc zęby zatacza koła biodrami, co by spożytkować czas, ciągnie na raz siedem projektów i od 10- lat nie miała wakacji, o czym wspomni na pewno, w każdej rozmowie, z cichą dumą właściwą wszystkim destrukcyjnym typom.  Nazwij mnie pra-co-cho-liczką a zacznę się kokieteryjnie śmiać, jak przy najmilszym komplemencie. Tyle tylko, że teraz z moją energią fika jakiś miś koala… A ja pójdę spać. A potem też będę spać.
W Stambule (do którego przybyliśmy w połowie stycznia z Andrzejem, realizować czujczujowe warsztaty i projekty) tyle do zrobienia, zobaczenia i opisania:
Natychmiast zebraliśmy –z dnia na dzień powiększającą się- grupę dzieciaków na ulicy i nawiązaliśmy współpracę z przedszkolem.
Jak grzyby po deszczu wyrastały ciekawe iventy: babington w kościele na rzecz ukrywających się w piwnicy uchodźców, Down CafeNahil , gotowanie z imigrantami na ulicy kauczukowego drzewa…
Tyle zjawisk do opisania: transseksualiści z Tarlabasi, grant bazar, klimat poszczególnych dzielnic, wywiady z Polkami żonami Turków. 
Tylko, że wszystko jakby za mgłą. Bardziej realne są sny, niż to co się dzieje wokół. 
Dodatkowo Stambuł, co prawda posiada świetnych ginekologów (gdyby ktoś potrzebował, proszę się zwrócić na pocztę, podam kontakt) ale poza tym nie jest najszczęśliwszym miejscem na przeżywanie ciąży: wiele ulic ma kąt nachylenia 90 stopni, ludzie palą jak smoki (wszędzie), kręci się mnóstwo bezdomnych kocurów (dla przewrażliwionej brzemiennej Polki, nad ich łepkami unosi się neon „toksoplazmoza”). Skończyło się na totalnym wyczerpaniu i depresji. Kilka dni po prostu przespałam, nie miałam siły zrobić sobie kanapki a co dopiero mówić o warsztatach (jak dobrze, że był Andriusza, który poił mnie ayranem i gładko kłamał, że nie jestem ciężarem). Chwała Bogu dzidzia ma się świetnie ale jej mama musi coś zmienić. Smutna i wykończona fizycznie pojechałam do Golyazi.


Golyazi to mała, rybacka osada nieopodal Bursy, z którą przed kilkoma laty, chyba już na zawsze, splotły się moje losy. Dowiozło mnie tu kiedyś (mnie i Grzesia) dwóch kierowców przewożących arbuzy:


podarowali na koniec po owocu i w ten sposób zapoczątkowali bezwstydne rozpieszczanie, które –o czym jeszcze nie wiedzieliśmy- miało się zacząć.  Najpierw ramadanowa  (bo to był sierpień) kolacja z jakąś rodzinką. Następnego dnia poznaliśmy Timura:


Pisaliśmy o Indiach, w kawiarence nad brzegiem jeziora gdy podszedł do nas jakiś mężczyzna, powiedział, że ma na imię Timur, jest eksporterem pijawek na Rosję, Turcję i Azerbejdżan i zabrał nas na przepławkę motorówką po jeziorze. Potem załatwił nocleg w biurze burmistrza, gdzie całe dnie mogliśmy pisać. Jego kuzyn Emre donosił cieple przekąski i Ayran a wieczorem łoiliśmy w OK, piliśmy morze herbaty i jedliśmy tony ciastek. Co jakiś czas urozmaicał nam życie jakimś biwakiem na wyspie, olbrzymią michą świeżo złowionych raków jedzonych na dachu domu z widokiem na całą wieś


lub przejażdżką do Bursy. Chyba musiałam w poprzednim wcieleniu uratować tratwę sierot z powodzi, co nie zmienia faktu, że w tym życiu mam do spłacenia olbrzymi dług za znajomość z wujkiem Timurem.


Samo Golyazi wygląda mocno idyllicznie. Położone jest nad wielkim jeziorem, które karmi rybami i rakami całą osadę


 (oraz dostarcza pijawek). Niemal z na każdym domu wisi portret Ata Turka


Każdy ma tu swoją rolę. Kobiety- śniade i zadowolone z siebie, kręcą się przy obowiązkach domowych. Mężczyźni w średnim wieku i ci, którzy właśnie zaczęli się golić, już od rana wypływają łódkami na jezioro.


Co sobota odbywa się wielki targ rybny


Staruszkowie przesiadują całe dnie w kawiarniach, piją herbatę i grają w OK (czyli, że kiedy trafiam do Golyazi, społecznie staję się staruszkiem). Dzieciaki są harde, dobrze odżywione i wesołe. Pamiętam jak przyjechałam tu na wiosnę zeszłego roku i po warsztatach z fascynacją obserwowałam jak wieczorem grupa nastolatków (dziewczyny i chłopcy) zebrała stare opony, rozpaliła na nich ognisko (zmiłuj się dziuro ozonowa!) i urządziła przez nie skoki. Przybył (nie wzywany, ot przechodził nieopodal) burmistrz i miast urwisów przegonić i srodze zganić, pogratulował skoczkom odwagi. Ekologicznie katastrofa, jeśli chodzi o bezpieczeństwo masakra. Z drugiej strony myślę, że takie doświadczenie; wspólnego przeżywania niebezpieczeństwa, jest cenne i potrzebne. Miny tych dzieciaków, które przeskoczyły. Wyprostowane plecy dziewczyn, pewny krok chłopców (i poparzone kończyny, tych którym się nie udało. Nie no żartuję. Hahaha). To było takie pierwotne. Jak inicjacja. Wspólne skakanie przez ogień jest bezpieczniejsze i naturalniejsze niż przekraczanie granic w inny sposób, np. przez ćpanie. Tylko następnym razem bierzemy stare meble miast opon, w porządeczku???
Ostatnio warsztaty robiłam w jednostce ochotniczej straży pożarnej o czym burmistrz poinformował wieś przez megafon- „Przyjechały Polaki i robią jakieś warsztaty”. Tym razem zajmiemy salę miejscowej podstawówki. Akurat są ferie, nie ma żadnej oferty dla dzieciarni, więc jak to określił dyrektor szkoły„spadłam jak gwiazdka z nieba”. Miejscowe powietrze i dieta sprawiają cuda. Czuję, że wracają mi siły i będę mogła włożyć w zajęcia serce i energię, nie funkcjonując potem jak worek z kartoflami. W ogóle Golyazi to idealne miejsce na zbieranie animuszu, która poszła w dzidzię. Kojarzycie grę Prince, w której perski książę przemierzał pułapki w celu uratowania księżniczki? Ilekroć upadł albo ktoś go dźgnął szabelką, Prince tracił jedno życie aż zostawało mu tylko jedno, bardzo bardzo słabe, ledwo się tlące (wszystkich żyć miał chyba z 4). Uratować go mógł wtedy tylko magiczny eliksir. Ba, czasem mu od eliksiru nawet przybywało siły ponad przydziałowe cztery życia. Golyazi jest takim moim eliksirem. Mieszkańcy rozsądnie kładą się spać o 21.30 i wstają koło 11.00 (lub wciskają mi ten kit by nie było mi głupio). Jedzą zatrważające ilości ryb, cenią sobie ciszę i spokój a na wieść, że jestem w ciąży gaszą papierosy i jeszcze szerzej otwierają domy i serca.


Mam nadzieję, że kiedyś im się odwdzięczę (lub gdzie indziej przekażę to dobro) a póki co sycę tą życzliwością siebie i maluszka. Myślę, że taka energia to dla niego lepszy budulec niż wszystkie kwasy foliowe i witaminy razem wzięte.


Co nieco o zwyczajach misiów Koala:
1
2
3

niedziela, 27 stycznia 2013

Gotowanie z imigrantami na ulicy Kauczukowego drzewa

W Stambule, na ulicy kauczukowego drzewa (w dosłownym tłumaczeniu) odbywa się co sobota wieczór, wielkie gotowanie:


Fundacja wspierająca imigrantów na terenie Turcji (której przedstawiciele prosili mnie bym nie ujawniała nazwy) wynajmuje lokal. By dostać się do środka schodzimy po schodkach do suteryny, w której mieści się kuchnia i kilka stołów:


Spotkanie organizują młodzi (i nie tacy młodzi) lewicujący aktywiści a uczestnikami są przyjaciele organizatorów, imigranci (głównie z Nigerii), dzieciaki z ulicy i wszyscy inni, którzy po prostu chcą ogrzać się w tej atmosferze, poznać nowe osoby, zjeść coś dobrego. 


Wśród nich jest np. Polka Sara, która ponad 20 lat temu przyjechała jako mała dziewczynka do Stambułu z mamą. Nie czuje się imigrantką, przyszła żeby pomóc i poznać nowe osoby. Rąk do pracy bynajmniej nie brakuje. Współprowadziłam kiedyś podobną akcję o nazwie Historie Kuchenne ale nasz projekt miał zdecydowanie bardziej formalny charakter. Tutaj panuje wręcz trudny do opisania rozgardiasz. 


Hebanowe ręce siekają marchewkę, blade (i nakrapiane piegami jak naleśniki) ścierają stół, a te o barwie cynamonowej mieszają aromatyczny sos. Dzieciaki rysują swoje portrety na tablicy,  obrażając się przy tym ile wlezie (i zaśmiewając do rozpuku). 


Niski koleżka koło 40-stki przekonuje mnie, że jest kuzynem Zbigniewa Bońka a zarazem tureckim odpowiednikiem Maradony. Co chwila zdejmuje marynarkę by pokazać, że na plecach ma wydrukowane swoje zdjęcie jak skacze na spadochronie. 


Ten chaos początkowo mnie wkurza. Mam ochotę pogasić papierosy, porozdzielać zadania i zaprowadzić zasady po czym dociera do mnie, że w to jest właśnie siła tych spotkań: fakt, że dla każdego jest tu miejsce, że nie trzeba spełniać żadnych wymagań. Zbierają się przy czymś naturalnym, bo w sumie trudno wyobrazić sobie coś bardziej oczywistego niż wspólne gotowanie (jedzenie jest proste i wegetariańskie więc odchodzi kwestia kulturowych tabu). Przez kilka godzin ten wyznaniowy, etniczny i pokoleniowy miks działa jak wspólnota.

sobota, 26 stycznia 2013

Migowe inspiracje

Ayca Alayli to  zaprzyjaźniona Turczynka, która pomaga nam przeprowadzać warsztaty w Stambule.  Na co dzień pracuje z dziećmi głuchoniemymi i jest tłumaczem języka migowego. Dzięki niej odkryłam, wiele perełek w tym  języku.
Fantastyczny zespół, który wszystkie piosenki tłumaczy na migowy pokazując jego plastyczność:


I inny zespół, który tłumaczy niektóre swoje piosenki:


A nawet turecki hymn w języku głuchych (radzę odsłuchać od 2.26 minuty, bo wcześniej -bardzo przystojny pan- trochę przynudza( :


Przy okazji polecam fantastyczną pizzerię w Łodzi Dwie Dłonie, prowadzoną przez głuchych, w której cała obsługa zna język migowy i odbywa się wiele integracyjnych imprez, np. migowe karaoke. 

ucho w Stambule







Tańczyć i śpiewać można wszędzie:


i bardzo smutne oblicze stambulskiej ulicy. Takich dzieci jest cała masa. Wszystkie grają na identycznej, plastikowej fujarce (czy co tam jest) tą samą smutną melodię. Gdybym spotkała osobę (czy szajkę), która stoi za tym procederem to bym udusiła:



piątek, 25 stycznia 2013

Nahil czyli świadome zakupy w Stambule

W towarzystwie znajomej Turczynki zapuściliśmy się ostatnio do Tarlabasi. Jest to jedna z najniebezpieczniejszych dzielnic Stambułu, kojarzona przede wszystkim z biedą, kieszonkowcami i transwestytami. Mieszkają tam głównie Romowie... i wyobraźcie sobie, że mieści się tam muzeum Adama Mickiewicza! 
Tyle, że tym razem nie będzie o dzielnicy, o niej będzie innym razem. Dzisiaj o bardzo ciekawym sklepie.
Kiedy tam szliśmy Ayczę (naszą Turczynkę) zaintrygowały koronki na wystawie mijanego po drodze sklepu. Weszliśmy do środka i okazało się, że sklep należy do fundacji Nahil i sprzedaje się w nim rękodzieło ubogich kobiet. Z "wstąpienia na pięć sekund" zrobił się godzinny wywiad z obsługującym wolontariuszem, potem odwiedzenie samej fundacji a w efekcie współpraca z należącym do Nahil przedszkolem. Ale po kolei.
Jeśli akurat przebywasz w Stambule i chcesz kupić pamiątki, to moim zdaniem warto odwiedzić sklep fundacji, gdzie znajdziesz m.in. to:




nie wydasz fortuny i wesprzesz fundację, która od 1986 roku pomaga usamodzielniać się kobietom z ubogich dzielnic. Robi to poprzez dawanie im pracy; w punktach, w których zajmują się rękodziełem (mają zapewniane wszelkie materiały) oraz w rozmaitych projektach. Wolontariusz, z którym rozmawialiśmy w sklepie na co dzień jest kostiumografem przy filmach.


Przy kilku produkcjach jak, np. Veda dzięki fundacji, współpracował z beneficjentkami fundacji, które w ramach projektu szyły kostiumy. 
Przy większości pracowni, w których kobiety wyrabiają ekologiczne mydła, szyją zabawki i dziergają rękodzieło powstały punkty przedszkolne aby nie rozdzielać matek z dziećmi. Podobno z początku mężowie dość nieufnie podchodzili do pracy żon ale szybko odkryli, że zarobione w ten sposób pieniądze realnie zasilają domowy budżet a dzieci po zapisaniu do przedszkola robią się bardziej samodzielne i pewne siebie. Poza tym, zdaniem pracowniczki fundacji, z którą długo rozmawialiśmy: "kobiety nie są takie słabe jak nam się wydaje i jeśli chcą pracować to nic ich nie zatrzyma".
Obecnie na terenie Turcji działa 20 bardzo aktywnych pracowni zasilanych przez fundację i 70, które dopiero rozwijają swoją działalność. Zasada jest taka, że w jednym centrum pracuje najwyżej czterdzieści kobiet, a kiedy jest ich więcej zakładane jest kolejne. Fundacja utrzymuje się z dwóch sklepów (jeden w Stambule, drugi w Merdin), sprzedaży internetowej i rozmaitych dotacji. I to tyle. Nasz przygoda z fundacją dopiero się zaczyna. Ostatnio w przedszkolu było tak:



Adres:
Bekar Sokak No.17, Beyoğlu
Istambul
(0212) 251 9085

sobota, 19 stycznia 2013

Zimo, spadaj na szczaw!

Kiedy mróz szczypie w policzki ciężko prowadzić warsztaty na ulicy. Dlatego przed zimą uciekliśmy do Turcji, gdzie możemy w pełni realizować nasze zajęcia (i nie ograniczać się tylko do biegów, podskoków i chuchania w zmarznięte dłonie). Teraz, z bezpiecznego dystansu, mogę  przyjrzeć się wszystkim tym, którzy za problematyczne chłody odpowiadają. A są to:

Ziuzia
Widywany zimową porą na Białorusi. Jest to niski, brzuchaty starzec z długimi siwymi włosami i brodą. Nosi się na jasno, głównie w biały kożuch, jest przy tym na boso (!) i ma zawsze odkrytą głowę. Jego nieodłącznym atrybutem jest żelazna buława. Imię Ziuzia to nie taka śmieszna Zuzia (jak pomyślałam, kiedy po raz pierwszy stanęłam oko w oko z tym bosym dziadem) tylko pochodna od białoruskiego czasownika зюзець/ziuzieć, czyli marznąć.  Do dziś używa się wyrażenia „Zmarzł jak Ziuzia”.
Niektóre drzewa genealogiczne wskazują na bliskie związki z Perunem (słowiańskim bogiem piorunów) i Czarnobogiem (słowiańskim bóstwem złego losu). Mimo podobieństwa nie jest za to nijak spokrewniony z Dziadkiem Mrozem ani nigdy nie pełnił podobnej funkcji: Ziuzia mrozi a nie rozdaje podarki!
Głównie przebywa w lesie, w osadach ludzkich zjawia się rzadko i  zasadniczo w dobrych celach- by pomóc ludziom lub ostrzec ich przed wyjątkowym chłodem. Potrawą z nim związaną jest kutia. Kiedyś Białorusini odkładali część z wigilijnej porcji na osobny talerz i stawiali w bezpieczne miejsce, by starzec mógł się w nocy posilić. To ważne by Ziuzia był syty i zadowolony bo w chwilach rozzłoszczenia zwykł stukać żelazną buławą po drzewach, a nawet chatach- od czego skrzypią i pękają. Śnieg jest dla odmiany oznaką miłosierdzia Ziuzi, oznacza, że starzec pożałował przyrody i nakazał swemu słudze Mrozowi przykryć świat ciepłą, białą pierzynką. Zamarznięta ziemia również jest przejawem jego dobroci- na Białorusi nie brakuje terenów bagiennych, więc dopiero podczas minusowych temperatur, gdy bagna zamarzają, można zwieźć saniami siano z podmokłych łąk.

Dziadek Mróz, (w języku rosyjskim: Дед Мороз -Морозко) 
Ten surowy starzec w przepasanym sznurem kożuchu wywodzi się z wschodniosłowiańskiego folkloru ale karierę zrobił w okresie istnienia Związku Radzieckiego, jako świecki odpowiednik Świętego Mikołaja (w czasach stalinizmu podjęto próby rozszerzenia jego terenu działania na inne kraje bloku wschodniego ale zakończyły się one fiaskiem). W krajach rad po rewolucji, Święty Mikołaj, podobnie jak wszystkie inne tradycje Bożego Narodzenia, był bardzo źle widziany. Ostateczne ''wygnanie świętego'' nastąpiło w przededniu roku 1929. Boże Narodzenie ogłoszono wówczas normalnym dniem pracy a specjalne patrole sprawdzały, chodząc po ulicach, czy nigdzie "nie dochodzi do przygotowań świątecznych".
Już w 1936 roku pojawił się jednak Dziadek Mróz! Stało się to po 28 grudnia 1935 i publikacji artykułu w gazecie "Prawda", w którym zaproponowano zwrócenie się ku tradycji. Oficjalna ceremonia powrotu Mikołajem było bardzo szybka. Najpierw pojawił się na zabawie zimowej w Pałacu Pionierów w Charkowie. W styczniu 1937 roku, Dziadek Mróz, powitał gości na uroczystość w Domu Związków w Moskwie.
W tworzeniu nowego wizerunku Dziadka Mroza ważną rolę odgrywało radzieckie kino:


Stosunek samego rosyjskiego Kościoła Prawosławnego do dziadka Mroza był od początku negatywny. Uważano, że jego korzenie są pogańskim uosobieniem sił przyrody, co jest sprzeczne z nauką chrześcijańską. Jednocześnie w 2000 roku, metropolita Sergiusz oświadczył publicznie, że : "... Dziadek Mróz - to dobry znak, znany każdemu z nas od dzieciństwa. Ale należy pamiętać, że trzeba odróżnić bohaterów dobrych i złych. Myślę, że obraz Dziadka Mroza - to normalny rozwój naszej świeckiej tradycji duchowej". Dziadek Mróz z założenia nie ma nic wspólnego z religią ani cudami. Prezenty daje na Nowy Rok a nie na Boże Narodzenie. Różnic między świętym a świeckim znajdziemy znacznie więcej. Święty Mikołaj odwiedzający dziś (tak naprawdę postać pochodzi przecież od biskupa, który z obecnym obrazem nie miał nic wspólnego) dzieci w Europie i Stanach, pod wpływem pop kultury stał się rubasznym, wesołym grubaskiem. Dziadek Mróz jest znacznie bardziej poważny. Wysoki i silny, nigdy gruby. Miast czerwonej czapki z pomponem jego głowę grzeje futrzana czapa lub uszanka (prawdziwy święty Mikołaj nosił cebulastą mitrę, ponieważ wywodził się z tradycji kościoła wschodniego). Jego długi do pięt kożuch bywa czerwony, ale znacznie częściej jest błękitny lub srebrny. Podpiera się kosturem, a nie pastorałem (grubasek z reklam coca-coli niczym się nie podpiera). Na nogach ma walonki (na buty świętego ani postaci z reklam jakoś nigdy nie patrzyłam). Jego sanie ciągną trzy -chyba zwyczajne bo przemieszczające się po ziemi- konie a nie wznoszące się do nieba renifery. Do domu wchodzi przez drzwi, nigdy przez komin.
Jeżeli chodzi o powiązania rodzinne to często towarzyszy mu wnuczka Śnieżynka (ros. Снегурочка). O dzieciach nikt nic nie słyszał  (skoro ma wnuczkę to jednak musiały jakieś być) ale na pewno ma żonę, którą jest Starucha Zima.
Od początku istnienia, jak na każdej charyzmatycznej postaci, próbowano ubić na Dziadku Mrozie rozmaite interesy. Najlepiej udało się to osiągnąć w mieście Wielki Ustiug (Вели́кий У́стюг) -w obwodzie wołogodzkim w północnej Rosji, nad Suchoną.  25 grudnia 1999 odbyło się tam wielkie otwarcie "Domu Świętego Mikołaja". Według byłego gubernatora regionu, na okres pierwszych trzech lat ( od 1999 do 2002) liczba turystów odwiedzających miasto wzrosła z 2000 do 32 tysięcy. Od rozpoczęcia projektu został wysłany do Dziadka Mroza ponad milion listów od dzieci w różnych krajów, 15 razy wzrosły zyski z handlu i zmalało bezrobocie. Od 2005 r. w Rosji, 18 listopada obchodzi się w Wielkim Ustiug, urodziny Dziadka Mroza. 
Staruszka można również spotkać w rezydencji w Rosji w Archangielsku oraz na Białorusi w Puszczy Białowieskie.
Białoruski Dziadek Mróz od 25 grudnia 2003 roku, przyjmuje serdecznie wszystkich gości przez wszystkie 365 dni, a nie tylko na Nowy Rok. W ciągu pierwszych pięciu lat jego rezydencję odwiedziło ponad 340.000 przybyszy z 70 krajów. Pierwszym oficjalnym Dziadkiem Mrozem w Puszczy Białowieskiej był Wiaczesław Semakov, zastępca dyrektora do badań naukowych białoruskiego Parku Narodowego. Na bazie doświadczeń swojej dwuletniej kariery, napisał książkę "Być Świętym Mikołajem" i "Święty Mikołaj i jego rodzina" (we współpracy z Generalnym Dyrektorem Parku Narodowego Nikołajem Bambizą). Łączna powierzchnia nieruchomości, którą zamieszkuje Dziadek Mróz wynosi ponad 15 ha. Oprócz domu Dziadka Mroza, na terenie jest również oddzielny budynek, w którym przechowywane są prezenty i listy wysyłane przez dzieci (białoruski Dziadek Mróz otrzymuje dziennie 1,5 tysięcy listów i na prawie wszystkie wiadomości odpisuje), oraz Muzeum Dziadka Mroza a także liczne, drewniane figury bajkowych postaci i młyn.
Uważa się, że rezydencja narusza przepisy ochrony środowiska w Republice Białorusi i spowodowała wielki niepokój w populacji żubra Białowieskiej.

Pakkaine
W Petrozavodsku w Karelii można z kolei odwiedzić (lub napisać do niego na adres: exit@museums.karelia.ru) Pakkaine czyli karelskiego kolegę dziadka M. i świętego M.
Legenda mówi, że Pakkaine urodził się na początku zimy w koszyku kupca. Na pamiątkę jego niezwykłych narodzin rodzice dali mu imię Pakkaine, co -po karelsku- oznacza "niewielki mróz". Kiedy Pakkaine dorósł, stał się kupcem, podróżował po całym świecie i kupował słodycze oraz niezwykłe towary do sprzedaży w swoim sklepie, w miejscowości Olonets. Ponadto w każdy Nowy Rok zwykł rozdawać prezenty. Jest w średnim wieku, nie ma brody i mieszka w wielkim namiocie. 

Śnieżynka
Wnuczka Dziadka Mroza, sama co prawda nie przynosi chłodu ale jest stałym towarzyszem swojego dziadka i jego wiernym pomocnikiem. Trudno jednoznacznie stwierdzić jej wiek. Czasem przedstawiana jest w postaci małej dziewczynki, czasem jako młoda dziewczyna (lub jak pani na zdjęciu). 
Istnieją hipotezy, że prototypem Śnieżynki może być postać świętej Łucji. Święta Łucja, nie chcąc porzucić swojej wiary, pozbawiła się oczu, w związku z czym stała się patronką dnia uchodzącego za najkrótszy dzień w roku, czyli 13 grudnia. "Świętą Łucją" 13 grudnia (w krajach w których obchodzi się święto czyli na początku we Włoszech, potem głównie w Skandynawii) w rodzinie zostaje najstarsza córka. Ubrana na biało, z wiankiem z zapalonymi świecami, budzi rodziców, śpiewając tradycyjną włoską piosenkę "Santa Lucia" i podaje  świąteczne śniadanie. Tradycyjnie składają się na nie: kawa, grzane wino (glögg) i  ciastka z rodzynkami i szafranem (ussekatter).
W rosyjskim folklorze Śnieżynka pojawia się w XIX wieku, jako postać z bajki o dziewczynie ze śniegu, która ożyła (ślicznie mi tą bajkę zilustrowały naddniestrzańskie maluchy, więc ją zamieszczę przy najbliższej okazji). W okresie powojennym Śnieżynka - była niemal obowiązkowym towarzyszem Dziadka Mroza we wszystkich uroczystościach.

Biały Starszy (po mongolsku Tsagaan өvgөn) - 
Popularna w Mongolii a także w Buriacji i Chinach postać związana z zimą, jak również z mądrością, bogactwem i długowiecznością. Jest w buddyjskim panteonie jednym z symboli płodności i dobrobytu. Tradycyjnie przedstawiany jako starzec z długą białą brodą, trzymający różaniec. Czasem ukazuje się go jako pustelnika, który siedzi  pod brzoskwiniowym drzewem, w otoczeniu par małżeńskich żurawi i jeleni. Inne obrazy pokazują go frontalnie, z pełną sylwetką. 
Tradycyjnie kojarzy się go z Nowym Rokiem i miesiącami mongolskiego wypoczynku czyli zimą. Przesilenie zimowe - 22 grudnia - to dzień ro poczęcia jego wędrówki.
W niektórych wersjach mitologii Biały Starszy jest partnerem Itügen, Matki Ziemia, znanej również jako Etügen Eke.

Kajkias (także Kaikias, Hellespontias (gr. Καικίας Kaikías, łac. Caecius)
Bóg z mitologii greckiej uosabiający chłodny północno-wschodni wiatr, który pokrywa niebo ciężkimi chmurami (swym chłodem oziębiał i zagęszczał parę). Jeżeli znowu zechcemy zajrzeć na powikłane drzewa genealogiczne bogów to dowiemy się, że przypuszczalnie uchodził za syna tytana Astrajosa i tytanidy Eos oraz za brata m. in. Boreasza, Eurosa, Notosa, Zefira, Apeliotesa, Lipsa, Skirona ( którzy są personifikacjami innych wiatrów) 
Przedstawiany jest jako wiekowy, zarośnięty mężczyzna, z wielkimi skrzydłami u ramion i z tarczą pełną gradu.

Buka (szw. Mårran, fin. Mörkö) 


Najbardziej znana postać kojarzona z zimnem, kto wie czy nie jedno z najtragiczniejszych fikcyjnych stworzeń, które kiedykolwiek zamieszkiwały naszą wyobraźnię.
Podobna do skały,  zwalista, bura. Patrzy na świat wielkimi, przerażonymi oczami i wyszczerza zęby.
Nienawidzona bo sieje niepokój. Wzbudza powszechny strach, jednak nie wiadomo, czy naprawdę jest groźna, czy tylko przeraźliwie samotna i nieszczęśliwa. Pragnie kochać i być kochaną (tzn. tak mi się wydaje ale to tylko domysły bo nigdy nie odzywa się nawet słowem). Pojawiając się w jakimś miejscu, przynosi chłód i zamraża ziemię, na której stoi przez dłuższy czas. Miejsce, gdzie przebywa dłużej niż godzinę, staje się jałowe. A przecież to nie jej wina, że jest Buką! W jej postaci można się doszukiwać najrozmaitszych metafor, jak zresztą w niemal wszystkich bohaterkach książek z cyklu o Dolinie Muminków autorstwa Tove Janson, z których Buka się wywodzi. Nic nie wiadomo o jej rodzinie. Pewne jest , że jak magnes działają na nią światło i ciepło domu Muminków. 
Dla mnie najpiękniejszy jest koniec historii o Buce, coś w czym odnajdą się resocjalizatorzy, terapeuci i pedagodzy- w książce "Tatuś Muminka i morze" Buka, stęskniona za zapalaną wieczorem lampą, wyrusza za rodziną Muminków na bezludną wyspę. By się tam dostać płynie na zamrożonej przez siebie krze. Muminek -współczujący troll- codziennie wynosi dla niej naftową lampę na brzeg morza. W końcu jego postępowanie zmienia Bukę, która traci swoją główną właściwość i przestaje przynosić chłód.


ULL  
Skandynawski bóg śmierci łączony także z polowaniem i zimą. Niektórzy mówią, że zastępuje Odina co roku w okresie zimowym
Jest synem bogini Sif i pasierbem Thora. Znakomity łucznik, łyżwiarz i narciarz.
Jego imienia wzywano przy pojedynkach. 

To tylko namiastka wszystkich związanym z zimą i mrozem fikcyjnych postaci. Kiedy zaczniemy przygodę z nieistniejącymi bohaterami okazuje się, że jest to świat bardzo pojemny i fascynujący. Z góry przepraszam za pominięcie niektórych, jeśli o jakiś wiecie bardzo proszę o poinformowanie:)

Więcej:

Down Cafe

Idę dziś po deszczowym Stambule i gorączkowo szukam jakiegoś miejsca aby się ogrzać. Nagle patrzę a na kawiarni zdjęcie dziewczynki z pizzą. Dziewczynka ma charakterystyczną twarz. Przyglądam się dokładniej- ma zespół Downa! A miejsce nazywa się Down cafe i prowadzą go młodzi ludzie z zespołem Downa.


Czy eksponowanie zaburzenia (zespół Downa to nie choroba tylko wada genetyczna), już w samej nazwie restauracji, ma sens? Moim zdaniem zdecydowanie tak! Bo to jak wejście do innego świata. Świata, w którym kelnerzy, w przerwie między podawaniem posiłków grają w łapki a do klienta (który nie jest gwiazdą popu) stoi kolejka pracowników, aby się przedstawić i przyjacielsko przywitać. Nie każdemu będzie ten klimat pasował, tak samo jak nie każdy lubi knajpy w stylu country. Oczywiście jest to temat do refleksji ale mnie bardzo cieszy, że jest miejsce w, którym zauważa się potencjał tych osób. W kontaktach społecznych są przecież często bardzo sprawni i ujmujący. Wiele osób będzie urzeczonych taką obsługą. Pewnie, że istotą integracji byłoby gdyby fakt, że mamy pracownika z upośledzeniem był normą. Z drugiej strony nie da się ukryć , że takie osoby są często wolniejsze i mniej zaradne. Nikogo nie dziwi, że Włoch, który otwiera lokal w Polsce potrzebuje tłumacza. Nieco podobnie jest z tworzeniem miejsca do pracy osobom niepełnosprawnym intelektualnie. Down Cafe pokazuje, że wystarczy stworzyć im przyjazne warunki a są w stanie na maksa wykorzystać swoje umiejętności. Najbardziej cieszy mnie, że nie ma tu miejsca na litość. Lokal jest ładnie urządzony, przytulny i kipi radością a jedzenie po prostu pyszne. Zdrowa, domowa kuchnia. Wegetarianie mieliby tu eldorado (co w Turcji jest czymś bardzo cennym). 
Po poznaniu imion i wieku połowy obsługi i zjedzeniu pysznej porcji warzyw z ryżem, przyszła pora na rozmowę z pomysłodawcą.


Saruhan Singen jest z zawodu architektem. Ma uśmiech świętego Mikołaja i żywiołowość dziecka z ADHD. Nigdy by nie pomyślał, że będzie założycielem restauracji (i fundacji). Ale 31 lat temu przyszła na świat Sizi... Kiedy okazało się, że córka jest niepełnosprawna intelektualnie, Saruhan założył fundację a następnie miejsce, w którym Sizi i wiele innych (obecnie w Down Cafe jest zatrudnionych 25- ciu niepełnosprawnych pracowników ) mogłoby się realizować i zarabiać (podczas naszej rozmowy dziewczyna kilka razy podchodzi do taty, on ciągnie ją za kucyk, ona klepie go po głowie i wymieniają promienne uśmiechy)

Kiedy pytam czy wszyscy dostają za swoją pracę zapłatę, mój rozmówca nie kryje zdziwienia durnym pytaniem: "To chyba naturalne! Przecież to jest praca!". Obecnie wszyscy marzą o założeniu filii takich miejsc. Najlepiej na terenie całej Turcji.
Póki co nie poprzestają na marzeniach i rozwijają to co mają. Restaurację codziennie odwiedza około 50-ciu osób. Poza zyskami z utargu, lokal utrzymuje się z dzięki hojności sponsorów. Co miesiąc odbywają się tu imprezy z kuchnią różnych narodów: meksykańską, hinduską, chińską... Ostatnio padł pomysł by częściej była japońska bo mają bardzo aktywnego japońskiego sponsora. 
To takie budujące - zazwyczaj w poszukiwań pomysłów społecznych patrzymy w stronę Skandynawii. Tymczasem inspirację i ciekawe rozwiązania możemy znaleźć wszędzie! Najlepszą szkołę dla niesłyszących, jaką widziałam w życiu znalazłam w Kurdystanie (tu o warsztatach w tej szkole ). W Mołdawii trafiłam na wzorcową szkołę specjalną. W Turcji miałam okazję brać udział w ciekawym projekcie, fundacji zajmującej się sztuką osób wykluczonych Dream Academy
Koniecznie zajrzyjcie do Down Cafe podczas pobytu w Stambule. Poczujecie się jak gwiazda popu. Zjecie coś pysznego. Przesiąkniecie serdeczną atmosferą. Wyjdziecie na zewnątrz z wielkim uśmiechem na twarzy, nawet jeśli Stambuł deszczowy.
Telefon: 0554 901 04 22
Adres: Cebeci Mah. 2453/2 Sok. No: 3 Sultangazi Şişli İstanbul
Strona internetowa: Down Cafe

O podobnych projektach w Polsce:

i na świecie:

piątek, 18 stycznia 2013

Współczesna muzyka z Turcji

Wybrane przez Ayce Alali :)






                             







   
                                 







a nawet tureckie reggae:


teşekkür ederim Ayca!

niedziela, 6 stycznia 2013

Kuchnia Romów część 2.

Dziś co nieco o cygańskich słodkościach. Obawiam się, że i one nie zachwycą wegetarian ani dbających o dietę bo nie należą do najzdrowszych; soda, śmietana, cukier -bez nich się nie obejdzie.

Bez przepisu ale słodkie jak wagon krówek:

                                    
A tu kilka przepisów:

1. Typowym przysmakiem, kiedy jeszcze jeździły tabory były placuszki na sodzie. Ciasto zagniatano z mąki, wody, jajek ,soli i sody. Formowano niewielkie, płaskie placuszki i wkładano je gorącego popiołu z ogniska, coby się upiekły. Jedzono je jako dodatek do innych potraw, lub jako samodzielny rarytas z tłuszczem lub marmoladą.

2. Podczas naszych wędrówek w poszukiwaniu pieca, w którym mogłybyśmy upiec aniołki na wyprawkę dla Grety (więcej o akcji z wyprawką TU i TU) trafiłyśmy do domu, w którym gospodyni poczęstowała nas czymś pomiędzy bułą a ciastem, o nazwie Bokoli. Aby je zrobić, z mąki, szczypty soli, łyżki cukru, sody i ciepłej wody zagniatamy miękkie ciasto. Na wierzchu (zgodnie z przepisem) kreślimy krzyż i odstawiamy na 30 min w w zimne miejsce, po czym smażymy na oleju.

3. Z kolei aby zrobić Ciasto Linda musimy roztopić czekoladę i masło (jakieś 12 gram) coby powstało masło czekoladowe. W osobnej misce trzeba utrzeć na puszystą masę 2 jajka z cukrem. Dodajemy mąkę, proszek do pieczenia i kakao oraz roztopione masło czekoladowe. Pieczemy przez około 20 minut w  temperaturze 180 stopni. Kiedy ciasto się piecze, można się zabrać za krem. W tym celu lekko podgrzewamy 1/2 litra bitej śmietany z czekoladą, aż czekolada się rozpuści, ale tak by się nie zagotowała.  Potem wstawiamy do lodówki na co najmniej godzinę (oczywiście, jak trochę ostygnie, coby nie rozmrozić lodówki). Po godzinie mieszamy krem z pięcioma łyżkami rumu i łyżką wody, i masą można wysmarować ciasto (które zdążyło się już upiec). Wkładamy do lodówki i jak się trochę schłodzi zajadamy (byle nie sami!).

W internecie natrafiłam na firmę, która zajmuje się stricte cygańskimi ciastami i tortami, może kogoś zainspiruje: