czwartek, 27 czerwca 2013

Album!!!

Album z rysunkami dzieci z Syrii gotowy!!!! Trzeba go jeszcze tylko wydrukować i możecie spodziewać się przesyłki :) 


Opracowanie graficzne Izabela Szumen

środa, 26 czerwca 2013

Skutki zaczytania w nocnym

Ostatnio zaczytałam się jadąc nocnym i w efekcie wylądowałam w totalnie innej dzielnicy, bez połączeń do ciepłego łóżka. Ponieważ jestem skąpa niczym Szkot z dowcipów z brodą, w normalnych okolicznościach podrałowałabym do domu na piechotę. Jednakowoż w ciąży uskuteczniam bezwstydne rozpieszczanie, więc zamówiłam taxę. Kiedy wygodnie wracałam do domu zdałam sobie sprawę, że ostatnio korzystam z różnych zbędnych udogodnień całkiem często. Na facebooku czekał na mnie link do internetowej zbiórki dla fantastycznej dziewczyny chorej na nadciśnienie płucne. Wczytałam się w jej historię i zaczęłam się zastanawiać ile pieniędzy żegna się ze mną z niekoniecznie ważnych powodów, jak np. zagapiłam się i przejechałam przystanek, miałam ochotę na batona albo zapomniałam biletu. Spokojnie uzbierałoby się z 50 zł, które mogę przeznaczyć na jakiś bardziej świadomy cel- dołożyć się do czyjejś walki o wzrok, edukację czy bezpieczeństwo.


Myślę, że nie chodzi o rezygnowanie z przyjemności w ogóle, bo one są super- dzięki naszym wydatkom rozwija się kultura i gospodarka. Taksówkarze też muszą zarabiać- jeśli wszyscy wybiorą pomoc charytatywną miast jazdy taksówką to niedługo trzeba będzie ruszyć z programem wspierania kierowców. Myślę, że bardziej chodzi o świadomość- zdawanie sobie sprawy z potencjału naszych wydatków i refleksję nad tym. Marzy mi się taki trend społeczny- raz w miesiącu świadomie rezygnuję z dziesięciu paczek papierosów, albo kiecki, imprezy czy czegoś tam, co pochłania trochę kasy a nie jest niezbędne i wspieram bliską mi akcję albo wyszukuję taką, która mnie zachwyci. Potrzebujących jest cała masa, internet skrzy się od apeli: fot wychudzonych, schorowanych albo niewyedukowanych dzieci, blogów zdesperowanych rodziców, bezpańskich psów i świnek morskich czekających na adopcję, opisów klęsk żywiołowych i tak dalej. Myślę, że nie powinna nas ta mnogość potrzeb zrażać. Po prostu wybierzmy to co czujemy, co jest nam najbliższe. Inną kwestią, która może zniechęcać jest nasz mały budżet. Nie jesteśmy krezusami a co to jest te kilka groszy, które sobie odmówię z czterech pączków... Pamiętam jak sama zbierałam na wyprawkę dla Grety albo akcję w ośrodku dla uchodźców z Syrii i jak ważne i doceniane było każde 15 zł- ktoś nie poszedł w do kina a Greta miała czym i na czym pisać przez kilka miesięcy. Jak mówi twórca idei mikrokredytów noblista Muhammad Yunus "Gdyby każdy pomógł pięciu osobom bieda stałaby się obiektem muzealnym"Można tu sobie zadać pytanie co mnie obchodzi, że jakaś romska dziewuszka uczy się składać literki? Bieda, biedą no bardzo mi przykro ale ja nie jestem biedny, więc może zajmę się sobą?  Myślę, że w ogólnym nastawieniu naszej kultury za bardzo pokutuje podział na dawców i biorców. Ci którzy wymagają wsparcia są w pozycji słabszej, trochę przegranej a pomagającego się poważa, w końcu "robi łaskę bo on nic z tego nie ma". Tymczasem (takie podejście jest np. w buddyzmie) wszyscy jesteśmy całością, więc pomagając innym pomagamy też sobie. Nie będę tu pisała o powracającej dobrej energii i innych głodnych kawałkach, dobrych dla dzieci kwiatów, tylko pragmatycznie:  Jeżeli w jakimś kawału świata źle się dzieje to nie ma możliwości by nie wpływało to (często w bardzo, bardzo pośredni sposób) na kondycję innych krajów (oczywiście wojny przynoszą innym państwom finansowe korzyści ale dalekobieżne konsekwencje nie są już takie słodkie). Jeżeli zadbamy o rozwój i ułatwienia dla niepełnosprawnych to będą mogli pracować i dokładać się do wspólnego budżetu. To samo dotyczy uchodźców i praktycznie wszystkich grup wykluczonych: w ludziach drzemie potencjał, który można i należy spożytkować. Wszyscy skorzystamy jeśli kiedy kasa będzie szła w rehabilitację, profilaktykę, programy wyrównawcze a nie w renty i zapomogi. 
Myślę, że każdy powinien sam poszukać celu, który chce wesprzeć, moim zdaniem warte uwagi są:
Świetna, bardzo zaangażowana społecznie dziewczyna po urodzeniu córeczki, na skutek ciężkiego porodu zachorowała na okrutną chorobę - nadciśnienie płucne, którego przez lata nie wykrywali lekarze. Teraz jest bardzo słaba, gaśnie z każdym dniem ale pojawiła się nadzieja- przeszczep w Wiedniu.

Garstka wolontariuszy bez biura, na poważnie zastanowiła się słowami Kapuścińskiego "Żyjemy w raju, do którego 80% populacji nie ma dostępu" i postanowili zrobić coś z komfortowym życiem w Polsce. Uznali, że rację ma pakistańska aktywistka Mukhtar Mai mówiąc "Szkoła to pierwszy krok na drodze do zmiany świata", więc zaczęli wspomagać szkoły. Przez 11 lat działalności przekazali dziesiątki ton podręczników, odzieży i środków czystości do placówek z Afganistanu, Kosowa, Bośni i Hercegowiny. Wielokrotnie zasilili czujczujowe akcje wspaniałymi materiałami plastycznymi, dzięki którym mogły odbyć się warsztaty w Kurdystanie, Mołdawii i na Ukrainie. 

Piotrek Próchniewicz
Piotrka miałam okazję poznać pracując z nim kilka lat temu. Uwielbia obierać ziemniaki, ma absolutnie czarujący uśmiech i szósty zmysł do wynajdywania najbardziej skitranych słodyczy. Za każdym razem kiedy się widzimy daje mi bukiecik konwalii. Ma Autyzm. Jego mama dokonała nieprawdopodobnych starań by był taki jaki jest. Urzekło mnie kiedy kiedyś stwierdziła "Piotrek to nie żaden genialny sawant ale też nie jakiś głupek i zażartować potrafi i jest bardzo wrażliwy". I faktycznie Piotr po kilkunastu latach terapii kwitnie: zaczyna mówić, staje się coraz bardziej samodzielny, jest pogodny i otwarty na ludzi. Bardzo chce uczyć się dalej. Chce się uczyć to za mało powiedziane on ma dziki głód wiedzy i rozwoju. Dorota- mama Piotra robi wszystko by jego edukacja trwała ale sama jest już wykończona. Niestety w Polsce cały ciężar opieki nad chorym dzieckiem spada na rodzica. Ten albo ucieka (ale to temat na inną historię) albo walczy jak lew coby dziecko było szczęśliwe, pożyteczne i samodzielne. Ponosi przy tym niewyobrażalne koszty: osobowościowe (niekiedy tak pochłonięty jest opieką, że przedstawia się jako "rodzic autystycznego chłopca"), materialne, zdrowotne, społeczne. Dorota nie boi się nazywać rzeczy po imieniu i walczy o normalność nie tylko dla Pitrka ale też dla siebie- odważnie pisze o systemie, który jest bardziej problematyczny niż sama choroba, popularyzuje wiedzę o autyzmie a przy okazji nieprawdopodobnie gotuje (mam nadzieję, że kiedyś wyda poczytną książkę kulinarną, stanie się sławna niczym Nigella Lawson i ich wszelkie problemy materialne się skończą). Moim zdaniem i mama i syn mają niesamowity potencjał, więc warto wesprzeć terapię Piotra.


O tajemniczym świecie niepełnosprawnych bliźniczek i ich instalacjach pisałam TU.

Itaka- Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych (nie mylić z biurem podróży)
Chyba już z pięć lat minęło jak zakończyłam dwuletni wolontariat w Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych Itaka a ciągle wspominam to jako jedno z najciekawszych doświadczeń w moim życiu i pierwsze zetknięcie z tak profesjonalną Fundacją. Mało kto o tym wie ale rocznie w Polsce przepada bez wieści z różnych przyczyn (jak m. in. choroba psychiczna, demencja, wypadek, przestępstwa, ucieczka z domu, samobójstwo) 17 000 osób.  ITAKA jest jedyną organizacją pozarządową w Polsce, która całościowo zajmuje się problemem zaginięcia (marzy mi się by powstała fundacja, która tak całościowo wesprze rodziców niepełnosprawnych dzieci): 
-Wspomaga poszukiwanie osób zaginionych (przede wszystkim poprzez publikowanie zdjęć osób zaginionych w mediach i całodobowe odbieranie informacji o takich osobach).
-Wspiera bliskich osób zaginionych na całodobowym telefonie zaufania, grupach wsparcia,  w doradztwie prawnym, socjalnym i psychologicznym.
-Zajmuje się profilaktyką zaginięć przez rozmaite akcje i warsztaty.
Przez 14 lat działalności Fundacji udało się odnaleźć 9 978 osób. Wszelka pomoc świadczona jest bezpłatnie (i bardzo dobrze bo zaginięcia zdarzają się we wszelkich rodzinach i bardzo bogatych i bardzo biednych) w związku z czym niekiedy zmaga się z dużymi problemami finansowymi. Już 20 zł to rozpoczęcie działań poszukiwawczych jednej osoby.
Więcej jak wspomóc poszukiwania i akcjach Fundacji TU


"Dzieci z Zespołem Downa mogą mieć satysfakcjonujące życie, mogą robić rzeczy których nie robią zdrowi ludzie, nie można tylko wierzyć w mity" - to jakby przewodnie motto i misja fanpagea Kosmitek Jo, którego założyli rodzice Jonatana z Zespołem Downa, Aleksandra Więcka i Kobas Laksa. Dużo można w ogóle wycisnąć z tej strony- wcale nie dotyczy tylko niepełnosprawności ale ogólnie podejścia do życia: Jak by nie było, można zaczarować tak by było dobrze. I cieszyć się z tego co jest. A rodzice kosmitka czarują ile wlezie. Po pierwotnym szoku jakiego doznali słysząc diagnozę, postanowili oswoić sytuację:  uznali, że Jonatan pochodzi z planety T21 i jest ich nauczycielem. W obcowaniu z nim znajdują radość, inspirację i wzajemne wzbogacanie. Na własną rękę szukają pomysłów co do dalszego rozwoju synka. Chcą pomóc innym rodzicom i snują plany o założeniu Fundacji. Myślę, że już ich postawa daje niezłego kopa. 


Teatr 21 zrodził się z warsztatów teatralnych w Zespole Społecznych Szkół Specjalnych Dać Szansę w Warszawie - członkami zespołu są są młodzi ludzie z zespołem Downa i autyzmem. Twórczość, którą prezentują dobitnie pokazuje, że w każdym drzemie potencjał i, że różnorodność jest dla świata bogactwem a nie przeszkodą do pokonania. Aktorzy tej trupy za pomocą teatru udostępniają nam zapoznanie się ze swoimi standardami. Obserwując ich na scenie odnosi się wrażenie, że są trochę jak przybysze z innej kultury, może jakiejś azjatyckiej mniejszości etnicznej? Nie ma potrzeby by dostosowywać ich pod nasze wzorce, po prostu są tacy jacy są. I widz też jest jaki jest, w związku z czym wychodzi ze spektaklu z poczuciem wolności- można rzec, że jest to dla widowni swoista terapia (jak każda dobra sztuka). Nie o terapię tu jednak tylko chodzi. Publiczność otrzymuje przemyślany, dobrze zagrany,  zaskakujący, pełnowartościowy spektakl, który nie wymyka się powszechnie funkcjonującym kategoriom teatralnym i niesie wartości uniwersalne. Grupa rozwija się i ma ugruntowaną (albo coraz bardziej gruntującą się) pozycję w świecie teatru. Pod względem estetycznym wpisuje się w ascetyczny nurt, który miast rozbudowanych konstrukcji plastycznych i scenograficznych wprowadza multimedia i operowanie teatralnym skrótem i symbolem. Jeżdżą na festiwale (w tym roku można ich zobaczyć m.in. w Węgaitach i na Malcie), zdobywają nagrody. 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Dzień uchodźcy za nami

Za nami piknik z okazji Dnia Uchodźcy, zorganizowany przez Polską Akcję Humanitarną. I Czujczuj tam był, miód i mleko pił (a poza obżarstwem przeprowadzał warsztaty):


 fot. Tomek Stranc

fot. Aneta Jagura

fot. Tomek Stranc

fot. Aneta Jagura

środa, 19 czerwca 2013

Myszki przyjaciółki- bajka czeczeńska


Dawno, dawno temu żyły sobie dwie myszki- wielkie przyjaciółki. Jedna mieszkała u ludzi a druga w dzikich górach. Bardzo się lubiły ale jakoś nigdy się tak nie stało aby się nawzajem odwiedziły. Myszce, która żyła w dziczy bardzo dobrze się powodziło, nic jej nie brakowało. I na śniadanie, i na kolację (a czasem nawet i na obiad) wbijała ostre ząbki w słoninę, owies, jagody i na co ją tylko naszła ochota... A ta druga ledwo wiązała koniec z końcem. Pewnego razu górska myszka zaprosiła przyjaciółkę do siebie. Przyjęła ją jak umiała najlepiej a, że była gościnna i dobrze wychowana to to najlepiej wyszło naprawdę dobrze: uraczyła zabawnymi historyjkami, nakarmiła pysznościami a kiedy przyszedł czas doprowadziła do domu. Za taką wspaniałą gościnę trzeba się odwdzięczyć, więc nie minął miesiąc a i myszka z domostwa zaprosiła przyjaciółkę w swoje progi. Ledwo górska weszła na ludzkie podwórko, mysz gospodyni podbiegła do niej i zaczęła ją wypytywać o życie i najnowsze ploteczki. Nagle z domu wyszedł kot i oblizując się pod czarnym wąsem bacznie zaczął obserwować przybyszkę. A ta nigdy nie widziała takiego stworzenia, więc zapytała cichutko i trochę strachliwie (bo była na tyle mądra by się przestraszyć):
- A któż to, droga kumo? I skąd u niego takie świecące oczy?
- Ach, to moja teściowa, przyszła się przywitać, uściskajcie się-
odpowiedziała gospodyni i nie zdążyła kichnąć a kocur pożarł jej przyjaciółkę, która podeszła się przytulić.
Jakby tylko na to czekała sprytna, mała myszka- zostawiła wszystko i pognała w góry gdzie szybko znalazła norkę nieboszczki. Ułożyła tam sobie szczęśliwe i wygodne życie. 
Tymczasem i u kota nastały chude lata, więc poszedł poszukać szczęścia na łonie przyrody. Kiedy poczuł woń słoniny skierował się czym prędzej w tą stronę. Zapach dochodził z małej norki. Podkradł się do niej, zagląda do środka a tam leży jego dawna współlokatorka tylko tłusta, tłuściusieńka. Chwycił kot myszkę pazurami i połknął jak najsmaczniejszą przystawkę.

Nie na darmo przysłowie mówi: "Nie kop dołu dla brata, bo sam w niego wpadniesz".

Bajeczka przetłumaczona STĄD
Obrazek Z OWĄD

wtorek, 18 czerwca 2013

Hingalsz- pyszny, czeczeński placek

Przyspieszony kurs kultury czeczeńskiej START! Bo już w sobotę :


Dzisiaj czas na kuchnię. A dokładnie na Hingalsz, pyszny placek z dynią. No tak wiem, że receptura bardziej jesienna niż na środek czerwca (niby skąd teraz wziąć dynię?) ale buszując na rosyjskich stronach znalazłam zdjęcia m. in. Hingalsza i jakoś nie mogłam się opanować, musiałam przetłumaczyć właśnie ten przepis. W następnych wpisach postaram się o coś bardziej sezonowego. Ale czy to nie miłe, że czeka na nas coś na jesieni? 
Zatem cieszcie się latem ale pamiętajcie, że wraz z pojawieniem się dyń możecie spróbować tej kaukaskiej potrawy. Taka niespodzianka za jakiś czas.  Przepis wzięłam STĄD. Focisze pojawi się wraz z wrześniem a może październikiem.

Składniki 

ciasto:
  •  500-800 g pszennej mąki   
  •  300 ml wody lub maślanki 
  • pół łyżeczki  soli 
  • 1/3 łyżeczki sody

nadzienie:
  •   1,5 kg dyni
  •  pół łyżeczki soli
  •  3-4 łyżki cukru
  • 200 g masła
  •  filiżanka wrzącej wody do zanurzania

Przygotowanie
  • Umyj dynię i oczyść ją z nasion.
  •  Gotuj ją bez obierania aż zrobi się mięciutka (około 40 minut
  • Wyjmij miąższ z dyni łyżką do miski i wymieszaj z solą i cukrem.
  • Przygotuj oczyszczone masło. Aby to zrobić umieść masło na bardzo małym ogniu i podgrzewaj je około 30-40 minut.
  • Teraz zabierz się za ciasto. W osobnej misce nalej wody, dodaj pół łyżeczki soli, 1/3 łyżeczki sody oczyszczonej oraz mąkę i wymieszaj z łyżką, aby powstała gładka masa 
  • Z powstałego ciasta zrób rękami krągłe placuszki (możesz je obtoczyć w mące) , które następnie rozwałkuj na cienkie placki
  • Na cienkich plackach umieść 2-3 łyżki miąższu z dyni równomiernie go rozprowadź.
  • Teraz ulep z posmarowanych  placków jak najbardziej płaskie pierożki
  •  ... i usmaż je dużym ogniu bez oleju. 
  • Każdy usmażony placuszek zanurz we wrzącej wodzie a następnie hojnie okraś sosem z oczyszczonego masła a następnie wszystkie placki ułóż jak tort: po dwa na jedną warstwę tak aby każda z warstw tworzyła okrąg.
Czy kto wie jak jest po czeczeńsku smacznego?




poniedziałek, 17 czerwca 2013

Muzyka czeczeńska

22 czerwca robimy warsztaty na festynie Polskiej Akcji Humanitarnej dla mieszkańców Podkowy Leśnej i uchodźców z ośrodka w Dębaku. Kto chce pomóc w organizacji ma jeszcze szansę.
Póki co, ponieważ w ośrodku mieszkają głównie Czeczeni, w oczekiwaniu na sobotę będę od dzisiaj codziennie przyglądać ich kulturze. Zatem nie jajecznica na śniadanie a Kał-djatta (przepis podam we wtorek), przed snem okrutne choć intrygujące czeczeńskie bajki i tak dalej. Na dobry początek muzyka:

Hymn:



Гимн Чеченской Республики
Харцоно цӏе тесна хьо ягарх,
Нохчийчоь, ца йоьжна, гӏаьттина яха.
Кавказан ткъес хилла, маршонан ага,
Хьан лаьттан сий дина яхь йолчу наха.
Барт болу хьан къаьмнаш – мах боцу беркат!
Хьо йоцург, Нана яц, нохчийн халкъ хьастс.
Тхайн дехар, тхан дерзар Даймехкан кхерчахь,
Декъалдар доьхуш ду, хьуна беш хастам.
Башламан баххьашка дайн синош дуьссу.
Органа тулгӏено ненан мотт буьйцу.
Исбаьхьа совгӏат хьо, азаллехь долла!
Шатлакхан илли ду тхуна никкъ белла!
Къинхьегам, хьан хуьнарш хазделла шайна,
Хьалкъаца лерам бар кхаъ хуьлда хьуна.
Машаран гӏаролехь ирсан некъ тайна,
Сий долуш Нохчийчоь ехийла тхуна!

Po rosyjsku

Гимн Чеченской Республики

Как бы ты ни горела огнем несправедливости Чечня,
Ни падала и вставала, чтобы жить.
Молния Кавказа, колыбель свободы,
Берегли честь твоей земли гордые люди.
Согласие между твоими народами – бесценное богатство!
Кроме тебя, нет матери, чтобы приласкать народ Чечни.
Нашу жизнь и нашу кончину в очаге Родины,
Просим, восхваляя тебя, благослови.
На вершину Башлама спускаются души предков.
Волна Аргуна говорит на языке матери.
Великолепный подарок ты, данный нам жизнью!
Песня Шатлака дала нам силу!
Любовь к труду и отваге, уважение народа,
Пусть будет для тебя приятной вестью.
На страже свободы, найдя счастливую дорогу,
Живи для нас, достойная Чечня!

Po polsku:
Hymn Republiki Czeczenii
Jak byś Ty nie płonęła w ogniu niesprawiedliwości Czeczenio
I nie upadała i wstawała aby żyć
Błyskawica Kaukazu, kolebko wolności,
Ludzie są dumni z Twoich ziem.

Zgoda między Twoimi narodami - bezcenne bogactwo!
Oprócz Ciebie, nie ma matki, która pieściła by czeczeński lud.
Nasze życie i nasza śmierć w kraju pochodzenia,
Prosimi o chwałę dla Ciebie i błogosławieństwo.

Na szczycie w dół dusz Bashlama przodków.
Fala Arguna mówi językiem matki.
Wspaniały prezent dałeś nam życie!
Utwór Shatlaka dał nam siłę!

Miłość do pracy, odwagę, szacunek dla ludzi,
Niech to będzie miła wiadomość dla Ciebie.
Gwarancje wolności znalezienie szczęśliwego sposobu,
Żyj dla nas, godnie Czeczenio!

(Sama tłumaczyłam a ze mnie rusycystka bardzo, bardzo marna, więc będę bardzo wdzięczna za uwagi) 

Nie może zabraknąć Lezginki,

dość oryginalnie w wersji instrumentalnej:



I po bożemu z tańcem:


Lezginka choć kojarzona głównie z Czeczenią jest tak naprawdę tradycyjnym tańcem ogólno kaukaskim. jej nazwa wywodzi się od Lezginów (ludu zamieszkującego południowo-wschodni Dagestan na północnym Kaukazie i północny Azerbejdżan) ponieważ prawdopodobnie to w ich wykonaniu jako pierwszym zobaczyli taniec Rosjanie. Tak na prawdę pochodzi jednak z Gruzji albo Czeczeni. Bywa tańczona pojedynczo, w parach lub zbiorowo. Tancerze nigdy nie dotykają się podczas tańca.



Timur Mucarejewat to najbardziej znany bard czeczeński. Śpiewa głównie o konflikcie rosyjsko-czeczeńskim na Kaukazie. Odwołuje się do islamu, dżihadu, niepodległości Czeczenii. Znaczna część jego pieśni poświęcona jest konkretnym partyzantom. Śpiewa po rosyjsku. Zaczął śpiewać podczas rekonwalescencji po tym jak przystąpił do czeczeńskiego ruchu oporu i został ranny. W Polsce jego nagrania rozprowadzane są przez aktywistów pro-czeczeńskich i anarchistycznych, a zysk z nich zasila pomoc dla uchodźców z Czeczenii.



A tu czeczeński groch z kapustą:






piątek, 14 czerwca 2013

Mila i Helenka- wielkie konceptualne artystki

Nie wiem czy wiecie ale na warszawskim Powiślu mieszkają dwie wspaniałe konceptualne artystki Hela i Milenka. Mają po kilka lat i wiele do pokazania światu ale niestety przekaz jest utrudniony bo chorują na Zespół Chiari Arnolda. Owa choroba połączona z Syringomyelią, czyli jamistością rdzenia, wespół z wrodzoną boreliozą uczyniły im w główkach taki zamęt, że teraz mają problem by normalnie funkcjonować. Ich wspólne, ciekawe życie mama dziewczynek opisuje barokowo na swoim blogu. Pojawiła się szansa na przywrócenie artystkom zdrowia dzięki kosztownej operacji w Barcelonie ale ich mama ma problem by opłacić zabieg. Potrzebuje zebrać 120.000 złotych w dość krótkim czasie. Ma na to mniej więcej miesiąc. Wpadła więc na pomysł by uwiecznić dzieła, które robią jej córeczki i je sprzedać. Są to prawdziwe cuda instalacji.

Spójrzcie zatem trzeźwym, bądź lekko kaprawym okiem na wspaniałe prace autorstwa dziewczynek, które ocenili wybitni polscy artyści (ich rekomendacje tutaj ) i kupujcie je czem prędzej. W ten sposób, damy bliźniaczkom szansę na powrót do normalności, mowę, a w przyszłości całowanki z chłopakami i inne przygody :) Nie znam artystek osobiście ale bardzo podoba mi się taka sztuka i forma w jakiej ich mama zbiera kasę. Dlatego postanowiłam o tym napisać.

Tutaj kilka wybranych prac, więcej na stronie z pracami Helenki i Milusi
Jakby ktoś się pogubił w blogu bliźniaczek, to info o tym jak prace zakupić TU


“Medytacja nad instalką”. Składniki: (Sam Twórca, peeling do ciała, crocsik, w nim słoiczek gerbera, na tym wszystkim ładowarka do samochodowych telewizorków)

“Jabłka w kąpieli”. Składniki: (jabłuszka i wanna narożna w naszym mieszkaniu na Powiślu)

“Kółko Różańcowe”. Składniki: (różaniec od Babci Teresy, obrazek z autem i różne kółka)




Z opinii rektora Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie Prof. zw. Ksawerego Piwockiego:"(...) Może te ich „układanki – ustawki” są czymś wyjątkowym i dotąd nie zbadanym, może są dzieci znajdujące się w podobnej sytuacji, które znalazły podobną metodę rozszyfrowywania otoczenia i porozumiewania się z nim. Czy jest to właśnie próba porozumienia się ze światem, czy też nadrzędna ko-nieczność stałego porządkowania otoczenia, czy też jest to jakaś metoda na wygłuszenie stałego niepokoju powodowanego otaczającym nas bałaganem wizualnym ? (...)"

poniedziałek, 10 czerwca 2013

marzenia z nad Kebaba, odcinek 1

Rami, 29 lat (Syria)
Który to u Ciebie miesiąc? Nic nie mów, szósty. Hahaha, co się dziwisz? Jestem z wykształcenia weterynarzem. A dokładnie inseminatorem, więc akurat na ciążach to się znam. Przyjechałem do Polski w 2003 roku aby studiować na SGGW i tak już zostałem. Przeszkadza mi tu sporo rzeczy. Akurat na pracę nie narzekam (sprzedaję różne orientalne pierdoły przez internet, na kebaba tak tylko przychodzę) ale uważam, że Polacy za dużo piją, nie umieją się bawić bez alkoholu. Tęsknię za swobodnym życiem w Syrii, tu wszystko jest skomplikowane - straszna biurokracja. Poza tym nie podoba mi się, że ludzie jedzą tyle wieprzowiny. Dziś się dowiedziałem, że nawet w jogurcie naturalnym dają wieprzowinę, tzn. żelatynę. To, że my jej nie jemy to kwestia religijna i kulturowa (w moim przypadku bardziej z przyzwyczajenia). A co mi się podoba? Natura, ludzie... Chciałbym żonę Polkę, bo są bardziej otwarte. Jak rozmawiam z dziewczynami stąd to one wiedzą o czym mówię a jak z Arabką to niekoniecznie. A co do marzeń... Wiesz, to trudna sprawa. Chciałbym spokojnie żyć z rodziną i aby w Syrii była zmiana i pokój. Trochę  może pojeździć po świecie. A o niektórych marzeniach to lepiej w ogóle nie mówić. 

Hasan, 35 lat (Syria)

Moje marzenie? Zostawić tu partnerkę i córkę i wrócić do Syrii. No żartuję - jakby był pokój to bym je zabrał. Córeczka wszystko rozumie po syryjsku. Tęsknię za rodziną, za mamą, siostrami. Kiedy jeszcze był pokój to jeździłem między Syrią a Polską, łatwiej było znieść tęsknotę. Na szczęście moi mieszkają teraz w Damaszku, tam są bezpieczni, nie narażeni na wojnę. Ludzie tu są niedobrzy- za dużo piją. Dobre jest lato i Wisła, można chodzić na ryby. Żyję spokojnie- prowadzę ten bar z kebabem i sprowadzam orientalne dekoracje do wnętrz. W Syrii robiłem różne rzeczy: naprawiałem pralki, byłem asystentem dentysty. Czyli jak z zepsutą pralką albo zębem to do mnie. Mam dosyć wszystkich, którzy źle mówią o Arabach.



Alom, 30 lat (Bangladesz)



Chciałbym być bogatym człowiekiem. Przyjechałem do Polski rok temu żeby zarobić. Myślałem, że tu jest prostszy biznes, nie trzeba mieć tak dużo pieniędzy na rozkręcenie, jak np. w Niemczech. Poza tym pomógł mi przyjaciel, który już tu mieszkał. Chciałbym tu jeszcze popracować rok i wrócić z pieniędzmi do żony i córeczki, które zostały w Bangladeszu. Strasznie za nimi tęsknię bo to bardzo daleko. Tam miałem rodzinną firmę ale ciężko było się dorobić. Teraz też nie jest łatwo bo wszystko przesyłam rodzinie. W Polsce ludzie są fajni, otwarci, życzliwi ale nie podoba mi się kultura. Wszędzie tyle się mówi o seksie a my jesteśmy muzułmanami.


Roni, 27 lat (Bangladesz)
Marzę aby mieć tyle pieniędzy żeby przeżyć. Żeby moi bliscy mogli sobie na wszystko pozwolić. Bardzo tęsknię za żoną i synkiem, za przyrodą, za ludźmi. Ale moje dziecko ma dopiero dwa latka a w Bangladeszu nie mogłem go i mojej żony utrzymać bo tam nie było pracy, nic nie robiłem. A tu, jak to w Europie - są perspektywy. Mój wyjazd to szansa dla mojej rodziny. Poza tym mili ludzie, dobra kultura. Ale i tak ekonomia jest tu gorsza niż np. we Francji czy Italii. Ja wszystko co zarobię natychmiast przesyłam rodzinie, więc ekonomia to dla mnie bardzo duży problem.

Suhaib, 51 lat (Irak)
Moim marzeniem jest aby pracować w zawodzie. W Iraku skończyłem elektrykę i inżynierię - pracowałem w tym ponad dwadzieścia lat. Tu sprzedaję kebaby, wiadomo, że nie jestem z tego zadowolony. Nie mogę teraz wrócić bo w mojej ojczyźnie jest niebezpiecznie. Nie chodzi o pieniądze bo w Europie tez jest kryzys, tylko o niepewną sytuację. Gdyby to było możliwe to jeszcze dziś rzuciłbym wszystko i tam pojechał. No może nie wszytko bo tu mam partnerkę. I znajomych też mam... W końcu już 16 lat tu siedzę. Podoba mi się, że jest pokój i bezpieczeństwo. Polska to jest dobry kraj (choć może inny prezydent lepiej by tym kontrolował). Ale wiesz, to jest inna kultura. Tu jest inaczej z pomaganiem sobie. Żyłem czterdzieści lat w Iraku i nie zmienię tego, że jestem i czuję się Arabem. 


To pierwsza odsłona projektu o marzeniach ludzi, którzy przyjechali do Polski z odległych krain uciekając przed wojną, ubóstwem lub w celach zarobkowych, a ich cechą wspólną jest sprzedaż Kebabów. Towarzyszył mi Michał Czarnecki, który zrobił powyższe foty (oprócz ostatniej). Ciekawe jest, że na większości budek napisane jest turkisch kebab a obsługują je ludzie z całego świata (głównie bliskiej Azji choć i Bośniaka można spotkać).

niedziela, 9 czerwca 2013

Hece na Pradze za nami. Szukamy wolontariuszy na piknik PAHu

Wspaniale było wczoraj na Pradze, kogo nie było z nami niech żałuje!



A teraz co nieco o najbliższej akcji:


22 czerwca Polska Akcja Humanitarna organizuje Festyn w Podkowie Leśnej dla mieszkańców Ośrodka dla uchodźców w Dębaku. Wezmą w nim udział całe rodziny głównie pochodzenia Czeczeńskiego i Gruzińskiego oraz mieszkańcy Podkowy Leśnej.
Projekt Czujczuj organizuje podczas imprezy atrakcje dla dzieci i pilnie szuka wolontariuszy do pomocy na poszczególnych stoiskach.

Gdzie?
W Podkowie Leśnej

Kiedy?
22 czerwca od 14.00 do 21.00

Co zapewniamy?
Zaświadczenia o odbyciu wolontariatu
Zwrot pieniędzy za dojazd
Udział w bardzo fajnym, sensownym wydarzeniu

Szczegóły?
Dostaniecie je po zgłoszeniu się na projekt.czujczuj@gmail.com

Poniżej kilka linków na temat działań PAH w Ośrodku w Dębaku:
1. Blog prowadzony przez uchodźczynie z ośrodka dla uchodźców w Dębaku
2. Festiwal „Świat bez granic”


sobota, 8 czerwca 2013

Praskie dzieciaki robią foty

Podobno nie powinno się dzielić świata na "lubię", "nie lubię" ale my dałyśmy dzieciakom właśnie ten klucz, bardzo prosty aparat i zadziało się o tak...



Fot na razie mało, malutko (więcej znajdziecie TU) ale będzie ich systematycznie przybywać wraz z kolejnymi warsztatami.


A TU jeszcze więcej zdjęć zrobionych przez nasze dzieciaki z ośrodka dla uchodźców z Syrii w Domiz

środa, 5 czerwca 2013

Warszawa czuje. Odcinek 1

Myślę, że radość ma nieuzasadniony i w gruncie rzeczy szkodliwy monopol w przestrzeni publicznej. Nie mam tu na myśli tego jak się ludzie w rzeczywistości do siebie odnoszą i co czują, bo to jest zupełnie inna sprawa ale chodzi o funkcję i emocje, których się  od nas oczekuje. Centra rozrywki, parki, sklepy to miejsca, które mają podnieść nasz nastrój lub utrzymać go w normie. No i fajnie, bo przyjemniej jest się cieszyć niż złościć tylko, że tak już jesteśmy skonstruowani, że przeżywamy całą gamę. Funkcję wywoływania i katalizowania rozmaitych uczuć pełni sztuka. Kiedy chcemy się bać wystarczy obejrzeć horror czy sięgnąć po Kosińskiego, jeszcze bardziej pogrążyć się w stanie melancholii pomoże nam Lou Reed i jego Perfect Day (czy co tam uważamy za najsmutniejszą piosenkę świata). Sztuka zawstydza, sztuka budzi wstręt albo uspokaja. A jakie możliwości do odczuwania daje miasto? A konkretnie stolica? Brakuje miejsc gdzie kolektywnie można byłoby przeżywać rozmaite stany. Może, gdyby na równi z centrami rozrywki powstawały miejsca służące temu by dać upust złości, melancholii czy wstydowi nie przenosilibyśmy tych uczuć na resztę miasta.  Czy gdyby stawiać pomniki złoczyńcom, których można bezkarnie opluć czy oblać farbą co poniektórzy wstrzymali by się od demolowania przystanków. A może takie miejsca już istnieją? W ramach zaprzyjaźniania się z Warszawą, oswajania jej i zakochiwania się stworzyłam subiektywny przewodnik po miejscach związanych z poszczególnymi emocjami. Wybierałam miejsca darmowe lub tanie (do 10 zł) bo takiż powinien być dostęp do wyrażania uczuć. Galerii, muzeów, kin i teatrów nie opisuję bo tam po różne stany idziemy z definicji.
Będę zapodawać w odcinkach bo takowych miejsc masa nieprzebrana.

Zdziwienie


  • Fotoplastykon 
Fotoplastykon to maszyna, która oszukuje nasz mózg. Jego historia nierozerwalnie łączy się z wynalezioną w latach 50. XIX wieku fotografią stereoskopową. Jest to technika polegająca na wykonaniu dwóch zdjęć obiektu z różnych punktów widzenia. Jeżeli poobserwujemy takie zdjęcia w specjalny sposób- prawym okiem patrzymy na fotografię wykonaną z prawego punktu widzenia a lewym okiem – z przeciwnego punktu, odniesiemy wrażenie że przedmioty te znajdują się w trójwymiarowej przestrzeni. 

Do oglądania fotografii stereoskopowych początkowo wykorzystywano tylko stereoskop – rodzaj okularów – złożony z dwóch lekko powiększających i ułożonych obok siebie soczewek dających efekt przestrzennego widzenia obiektu. Wynalazek z miejsca stał się olbrzymim (również komercyjnym sukcesem), więc zaczęto go ulepszać. W 1870 roku w Berlinie zaprezentowano pierwszy fotoplastykon czyli maszynę, w której można było obserwować przesuwające się stereoskopowe obrazki. Seans (najczęściej puszczane były fotografie z egzotycznych miejsc) dawał widzom namiastkę podróży. Na przełomie XIX i XX wieku w całej Europie było około 250 fotoplastykonów.
Niestety wraz z narodzinami kinomatografu fotoplastykony poszły w niepamięć. Nikt się nie będzie ekscytował statyczną trójwymiarowością kiedy ma do wyboru obraz ruchomy z fabułą. Dziś, w naszej kulturze film jest jedną z najbardziej powszechnych rozrywek więc zdziwień naszemu mózgowi dostarczy staroświecka, dziwaczna maszyna w kształcie beczki na literę F.
Warszawski model znajduje przy Al. Jerozolimskich 51, w Kamienicy Hoserów. 
Nie wiadomo dokładnie kiedy powstał i stanął w obecnym miejscu. Jedne źródła podają rok 1905, czyniąc go najstarszym czynnym fotoplastykonem w Europie, inne odmładzają jego początki na 1946 rok. Podczas drugiej wojny światowej służył jako konspiracyjny punkt kontaktowy. W roku 1945 dawał nadzieję pokazując podkolorowywane zdjęcia z czasów świetności miasta . W latach 50-tych i 60-tych chodziło się do niego na randki słuchać jazzu i oglądać zdjęcia z europejskich stolic. Obecnie maszynę wydzierżawiło od właściciela Tomasza Chudego Muzeum Powstania Warszawskiego. 

Mózg zrobiony przez fotoplastykon w bambuko, wyprodukuje zadziwiające sny w...

  • Kapsule do spania na ul. Felińskiego 37
Taką przyjemność (oby się zwróciła trzeba przygotować notes i długopis, by sen natychmiast zapisać) możemy sobie sprawić już za 4 zł (tyle kosztuje godzinna drzemka, cała noc z pełną fazą snów jest już nieco droższa). Na jakość naszych marzeń sennych może wpłynąć fakt, że kapsuła jest dźwiękoszczelna i  ma wymiary 200 centymetrów długości na 90 centymetrów wysokości i szerokości (niech czytelnicy z klaustrofobią wybaczą mi tą propozycję i zostaną przy fotoplastykonie. O ile oczywiście nie są klaustrofobikami z jednym okiem, bo dla takowych i powyższe nie będzie żadną atrakcją). 
U nas tego typu forma noclegu (i w ogóle pomysł by w przestrzeni miejskiej było specjalnie wyznaczone miejsce, w którym można sobie urządzić drzemkę) może jeszcze dziwić ale na świecie kapsuły stają się coraz bardziej popularne. Jednym z wariantów tego typu miejsc, jest hotel, którego filozofia podana jest w nazwie "9 hours" : 1 godzina na prysznic, 7 godzin na sen i 1 godzina na odpoczynek. We wnętrzu panuje absolutny minimalizm, w budynku użyte są tylko cztery kolory, z przewagą czerni i bieli. aby ograniczyć bodźce. Człowiek ma się tu poruszać z jak najmniejszym wysiłkiem, skupiając się tylko na niezbędnych czynnościach. Przy wejściu gość kieruje się według strzałek narysowanych na podłodze, które krok po kroku wskazują jakie czynności ma wykonać: gdy przy strzałce widnieje symbol buta – to oznacza, że klient powinien ściągnąć obuwie i schować je do szafki i td.

Kapsuły do spania

Radość


  • Wedel
Chyba nie ma przyjemniejszej i bardziej niewinnej rozrywki niż pójście pod fabrykę Wedla na Zamoyskiego 28/30 i niuchanie zapachu czekolady. Niby kierowałam się kluczem dostępności dla wszystkich a tym razem ludzie z nieżytem nosa wykluczeni. No trudno.
Początki pierwszej polskiej fabryki czekolady (i słodkich zapachów na stołecznych uliczkach) zaczęły na początku 1845 r., kiedy to niemiecki cukiernik Karol Wedel przybył do Warszawy by ze swoim imiennikiem o nazwisku Grohnert, poprowadzić cukiernię przy ul. Piwnej 12. Spółka zrobiła prawdziwą furorę, więc sześć lat później zadowolony z sukcesu Karol Wedel otworzył własny sklep na ul. Miodowej 12 a przy nim i parową fabrykę czekolady. Pierwszym wyrobem nie była jednak wcale czekolada tylko śmietankowe karmelki reklamowane w „Kurierze Warszawskim” jako: „Zupełnie nowy i szczególny utwór cukierniczy, a nade wszystko wyborny środek leczniczy i łagodzący wszelkie cierpienia piersiowe, nader skuteczny na słabości te w miesiącach wiosennych, a nawet dla nie cierpiących i zwolenników delikatnego smaku – bardzo przyjemny wyrób”. Na fali ogromnego sukcesu, w 1865 r. zakład został rozbudowany i przeniesiony na ul. Szpitalną 4/6/8 (gdzie dziś znajduje się pijalnia czekolady i sklep ale to już emocje na które wydamy ponad 10 zł. Kiedyś przyszłam do wspomnianej pijalni z grupą upośledzonych dzieci i 19-letni chłopiec z zespołem Downa zaczął nagle szlochać. Okazało się, że zasmuca go konieczność dokonania wyboru z wszystkich podanych czekolad. Nie jest więc wcale powiedziane, że taka pijalna dostarcza samych radości).
Wraz ze sprowadzeniem z Paryża specjalnej maszyny do walcowania masy słodowej rozpoczęła się produkcja czekolady pitnej- totalnego hitu, który łakomi Warszawiacy kupowali po ponad pięćset filiżanek dziennie. W 1876 r. Karol Wedel podarował fabrykę w prezencie ślubnym swojemu synowi Emilowi (to od jego podpisu mamy znany do dziś znak towarowy E. Wedel). W latach 30. XX wieku produkcję przeniesiono do nowej fabryki na Kamionku gdzie stoi po dziś dzień.
Trzecim z dynastii sławnych cukierników był Jan Wedel. Legenda tworzy z właściciela fabryki prawdziwego bohatera (jeszcze milej wdychać czekoladowe zapachy, gdy wiemy, że należała do takiego słodkiego wujka). Wsławił się nowatorskimi pomysłami, jak np. ustawienie przy bramie wejściowej do Parku Skaryszewskiego pierwszych w Warszawie automatów ze słodyczami- i niespotykanej w innych zakładach opieki socjalnej dla pracowników. Za jego czasów fabryka wzbogaciła się o własną służbę medyczną, domy mieszkalne dla pracowników, żłobek, przedszkole, klub sportowy RYWAL a także (to moje ulubione) zakładową orkiestrę. Codziennie obchodził zakład by porozmawiać z pracownikami a na święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy każdy zatrudniony otrzymywał tygodniówkę zarobku w zależności od stawki oraz paczkę słodyczy. Wieloletnim pracownikom udzielał pożyczek na budowę domu, które następnie po części spłaty były umarzane. Pod koniec lat trzydziestych myślał o wybudowaniu dużego osiedla w pobliżu fabryki, w którym mogliby zamieszkać robotnicy. Jego zaangażowanie nie ograniczało się tylko do motywowania personelu. W każdym roku dziesięć procent zysku przeznaczane było na modernizację linii produkcyjnych. Rozwijał także eksport: głównie do krajów Europy, Stanów Zjednoczonych i Japonii. Jednym z jego niekonwencjonalnych posunięć był zakup samolotu przy dostawie wyrobów na terenie kraju i plantacji kakaowych w krajach egzotycznych. Założył również własne gospodarstwa rolne produkujące mleko na terenach górzystych w południowej Polsce (podobno poczynił próby by zasiać u nas ziarno kakaowca). Przewidując nieuchronny wybuch wojny dokonał zwiększonej ilości zakupu surowców, co pozwoliło przetrwać fabryce trudne czasy. Zgromadzenie tych zapasów pozwoliło utrzymać produkcję oraz objąć pomocą wielu warszawiaków. W okresie poprzedzającym wybuch wojny zarząd jego firmy zakupił trzy kompletne karabiny maszynowe dla wojska. Osobny rozdział w tym okresie stanowią deputaty żywnościowe, które były przydzielane pracownikom mimo dużego ryzyka ze strony okupanta. W czasie trwania wojny kierował produkcją pieczywa dla głodujących mieszkańców Warszawy. W fabryce odbywało się także tajne nauczanie dzieci pracowników. Po wybuchu Powstania Warszawskiego Jan Wedel nie mógł kierować fabryką. W tym czasie ulegała ona systematycznemu zniszczeniu na skutek licznych bombardowań oraz podłożenia ładunków wybuchowych przez wojska niemieckie ale znalazła się garstka pracowników, którzy wówczas z narażeniem życia często pod obstrzałem ratowali fabrykę. Osobna grupa walczyła z szabrownikami, którzy wynosili z niej surowce i urządzenia. Po wyzwoleniu Warszawy Jan Wedel razu rzucił się w wir odbudowy firmy ze zniszczeń wojennych. Nowe kierownictwo firmy zaoferowało mu posadę doradcy fachowego. Niestety szybko został usunięty z zakładów, które po 1948 roku upaństwowiono i przemianowano na ZPC - Zakłady Przemysłu Cukierniczego im. 22 Lipca. Kilka lat później władza ludowa uzupełniła nową nazwę firmy o dopisek: „d. (dawniej) E. Wedel”, łącząc nazwisko byłych właścicieli i siłę przedwojennej marki, z podobnymi w smaku do mydła wyrobami czekoladopodobnymi.
Po upadku komunizmu firma została sprywatyzowana, wróciła do przedwojennej nazwy, lecz pierwotni właściciele nigdy już jej nie odzyskali. Z odszkodowania, które otrzymał za bezprawne używanie nazwiska przez państwową firmę Jan Wedel , ufundował srebrne tło dla krzyża w ołtarzu kościoła ewangelicko-augsburskiego św. Trójcy przy pl. Małachowskiego i pomnik I. Paderewskiego w Parku Ujazdowskim w Warszawie. 
W 1991 roku Skarb państwa postanowił zarządzić przetarg na zarządzanie Wedlem. Wygrał koncern PepsiCo. Niezależnie kto by fabryką nie zarządzał zapach wpływa kojąco na mózg.

Wedel 1
Wedel 2
Wedel 3
Wpływ zapachów na mózg

Jak już pieścimy zmysły to zajmijmy się też i smakiem.
  • Pracownia cukiernicza na Górczewskiej 15
Po pyszne pączki w tłusty czwartek ustawia się tu kilometrowa kolejka, która zakręca w ul. Działdowską (obowiązuje reglamentacja - jeden klient nie może naraz kupić więcej niż 20 pączków). Zakład dorobił się co prawda strony internetowej ale wciąż panuje w nim atmosfera staroświeckości, którą pamiętam z czasów kiedy wstępowałam tu w drodze do szkoły a obsługujące panie bardziej przypominają bzowe babuleńki niż ekspedientki. Do tego nie ma stałych godzin otwarcia - od 9:00 do ostatniego pączka! W święto cukiernicy wstają o 4, żeby pączki były świeże na otwarcie. Już wtedy jest dziki tłum. Są powody aby czekać bo takie pączki zjemy tylko tu: ręcznie lepione, miękkie drożdżowe ciasto na świeżych jajach, lukier który nie odpada i  wiśniowo-śliwkowa konfitura z prawdziwych owoców. Bez śladu konserwantów i ulepszaczy. Receptura jest rodzinną tajemnicą firmy, której dzieje opisał Wojciech Herbaczyński w książce "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich". Historia pracowni ma swój początek w 1926 r. kiedy -przybysz z Równego-Władysław Zagoździński otworzył cukiernię przy ul. Wolskiej 53, na rogu Skierniewickiej. Po czterech latach zmienił lokal na większy na ul. Wolskiej 66.  W nowym lokalu znalazło się miejsce na przestronny sklep, pracownię i wydzielone miejsce ze stolikami. Panowała atmosfera dyskretnej elegancji- ściany pomalowane na kremowo dodawały ciepła, wnętrze oświetlał żyrandol i kinkiety. Na stolikach wykładano codzienne gazety i tygodniki. Nie lada atrakcję stanowiły też stoły bilardowe i telefon. Nad utrzymaniem ciepłej atmosfery czuwała żona cukiernika Natalia zwana Talą. W lecie firma słynęła z lodów. Legenda głosi, że miejscowymi pączkami zachwycał się sam marszałek Józef Piłsudski i wysyłał po nie osobistego adiutanta. W czasie świąt Bożego Narodzenia cała dzielnica kupowała tu makowe, orzechowe i migdałowe strucle, a na Wielkanoc mazurki, babki i marcepanowe święconki. Z tymi ostatnimi to była cała celebracja- cech cukierników uznał za nie właściciela za artystę. Przed Wielkanocą Władysław Zagoździński zamawiał u stolarza kilkaset drewnianych stoliczków, które przyozdabiał serwetkami z napisem: »Alleluja” i układał na nich swoje cuda.
Firma świetnie prosperowała, aż do wybuchu wojny. Przez okres okupacji zakład nadal wypiekał swoje ciasta ale zakres produkcji stał się dużo mniejszy. Jak opisuje Herbaczyński: "Racje żywnościowe przydzielane przez Niemców były małe, a że ciastka zawierały cukier, tłuszcz, jajka (sacharyny używano tylko do słodzenia napojów) kupujących nie brakowało". W sierpniu 1944 roku, w czasie pacyfikacji Woli,  Niemcy spalili kamienicę wraz z cukiernią. "Zagoździński, którego Niemcy - podobnie jak innych mężczyzn - wzięli do rozbierania barykad, uciekł. Przedostał się do Pruszkowa, gdzie miał kuzynów. Wyrobili mu kenkartę, ausweis i pracował w piekarni, która piekła chleb dla ludności i wojska". Przeżyli też inni członkowie jego rodziny. Starsza córka Hanna trafiła do fabryki pod Wrocławiem, gdzie pracowała przy krojeniu i suszeniu jarzyn. Młodszą Danutę wyniesiono z obozu w Pruszkowie kiedy zachorowała na tyfus. Przez Pruszków przeszła też jego żona. Po wojnie w maju 1945 r. w ruinach spalonej kamienicy przy Wolskiej 66 wreszcie doszło do spotkania rodziny. Wraz  z pozostałymi lokatorami klan cukierników odbudował dom przy ul. Wolskiej i można było otworzyć cukiernię (w nieco skromniejszej formie). Cukiernia przetrwała trudne lata 50-te ale zaczęły się nowe kłopoty, związane z próbami zniszczenia w PRL prywatnej inicjatywy. Władze państwowe wprowadzały urzędowe receptury, naturalne surowce kazały zastępować zamiennikami.  W 1973 r. władze, powiększając sąsiednie sklepy, wyrzuciły Zagoździńskiego z budynku przy Wolskiej 66, proponując w zamian lokal zastępczy  przy Górczewskiej 15. Mała powierzchnia sklepu i pracowni zmusiła właścicieli do ograniczenia ilości wypieków. Dlatego też ograniczono je do produkcji pączków. Niepowtarzalnych, przepysznych, najlepszych w Warszawie! Dziś pracownię prowadzi już czwarte pokolenie cukierników.
artykuł Jerzego S. Majewskiego o "Słodkościach na przedmieściu"

Wstręt


  • śmietniki
Jeśli wyjdziemy ponad wstręt i uprzedzenia, Warszawa (jak zresztą każde inne miasto) oferuje nam istny sezam czyli śmietniki. Przez pewien czas mieszkałam z dziewczyną, która ze specjałów znalezionych w okolicznych kontenerach robiła dla lokatorów naszej hacjendy  pyszne wegańskie zupy i desery. Pod osłoną nocy sprytna Gosia znosiła do domu całe góry śmietnikowego jadła. Część była lekko nadpsuta, ale większość niczym nie różniła się od tego, co kupujemy w sklepach: grejpfruty, słonecznik sałata, pomidory, cukinia, bakłażany, banany. Owoców nie brakuje zwłaszcza latem przy bazarach. Poza tym często spotyka się przy supermarketach przetwory mleczne, których data ważności minęła kilka dni temu i jeszcze są smaczne ale sklep ich już nie sprzeda. Wszystko na zanurkowanie ręki.
Greenpeace podaje, że statystyczny Polak wyrzuca około 300 kg śmieci rocznie. Możemy być dumni bo to o sto kilogramów mniej niż przeciętny Europejczyk i aż połowa tego, co wywalają Amerykanin. Być może jesteśmy oszczędniejsi i bardziej dbamy o nasze dobra w związku z pamięcią o czasach komuny, kiedy wszystkiego brakowało. Niestety dobrobyt zabija słuszne nawyki i ilość produktów, które wyrzucamy, rośnie z każdym rokiem. Jak tak dalej pójdzie dogonimy Amerykanów, którzy wyrzucają do kosza prawie połowę swoich zakupów. Na szczęście każde (albo prawie każde) zjawisko budzi kontr-zjawisko i  w latach 90. narodził się ruch freeganizmu, który zakłada wykorzystywanie tego czego pozbyli się inni. A ludzie pozbywają się wszystkiego, nie tylko (całkiem dobrego) jedzenia. To właśnie wśród odpadków  mazowieccy poszukiwacze znaleźli jakiś czas temu 6 zeszytów z nutami z przełomu XIX i XX wieku, które opatrzone były oryginalnymi pieczątkami lwowskiej biblioteki. Przekazali je Bibliotece im. Fryderyka Chopina w Warszawie. W artykule o śmietnikowych skarbach z Rzeczpospolitej znalazłam rozmowę z Tomaszem Marszewskiem, właścicielem antykwariatu Tom:  "(...) Zaskakuje mnie to niezmiennie od lat. Nie potrafię się z tym pogodzić ani do tego przyzwyczaić. Ostatnio ze śmietnika trafiły do mnie rzadkie druki konspiracyjne z okresu stanu wojennego, a także pierwodruki naszych największych poetów z czasów okupacji niemieckiej. Podobne przykłady mogę niestety mnożyć. Wyrzucanie dóbr kultury narodowej na śmietniki wynika na pewno z braku edukacji szkolnej, prasowej, telewizyjnej. Ktoś, kto wyrzuca takie przedmioty na śmietnik, nie wyniósł z domu rodzinnego zamiłowania do kultury(...)"
Żeby znaleźć takie muzealne eksponaty trzeba mieć dużo szczęścia. Znacznie prościej przedstawia się sprawa z meblami. Ludzie wystawiają je przed śmietnikami w całym mieście, nie trzeba ich specjalnie szukać. Kanapy, krzesła, regały, szafy- często bardzo oryginalne niczym z designerskiego sklepu. Można też trafić na używaną, ale sprawną pralkę czy lodówkę.
Na Facebooku jest grupa, która wymienia się śmietnikowymi tropami.