piątek, 9 listopada 2018

11 pomysłów na 11 listopada

Zazwyczaj 11 listopada szłam na marsz antyfaszystowski. Teraz siedzę na wsi, w górach. Do najbliższego sklepu jest 20 kilometrów a do wspomnianego marszu (czy się on odbędzie czy nie) dużo więcej. W takiej głuszy łatwo nabrać pewnego dystansu. I tak jak nigdy specjalnie się nie zastanawiałam o co chodzi z tym patriotyzmem (mimo, że często pracuję z Polonią) to teraz zaczęłam. I pomyślałam, że  rozumiem i szanuję niepodległościowe dążenia moich znajomych, którzy są Kurdami a jednocześnie sama nie skaczę ze szczęścia, że żyję w wolnym kraju. A mogłabym choć raz w roku. I choć wiem, że źle się dzieje (wiadomości docierają też na moje odludzie) to jednak
mogę mówić w tym szeleszczącym języku, który bardzo lubię. A wielu Kurdów ów przywilej nie dotyczy. 
Mogę wyjechać gdzie chcę i dokąd chcę - inaczej niż moi znajomi uchodźcy z Czeczenii. 
W moim kraju dzieją się trudne, niepokojące rzeczy (wycinka puszczy Białowieskiej to jak powolne zabijanie nas wszystkich) ale bomby nie spadają mi na głowę.
A jeśli najdzie mnie dziwny pomysł wpakowania się gdzieś dalekow tarapaty to bardzo możliwe, że nasze państwo wyda dużo kasy aby mi pomóc (jak pokazał zimą pewien smutny przykład z Pakistanu. Swoją drogą szkoda, że raczej nie pomoże jeśli będę potrzebowała pomocy blisko).
Poza tym jeszcze nie znalazłam kraju (czy choćby małej wyspy), w której faktycznie byłoby lepiej. Są inne problemy, inne brzydkie sprawy zamiatane pod dywan. Zawsze mogło być gorzej. 
Dlatego spisałam kilka pomysłów na to jak mogę 11 świętować z okazji tego wszystkiego. Pewnie nie wykonam wszystkich punktów tego roku (gdzie ja w tym lesie znajdę brudną klatkę schodową, olaboga?) ale to plany również na przyszłość:



1. Pozbieram śmieci nad rzeką (albo w lesie, na łące)

2. Zdrapię ksenofobiczne wlepki w autobusie (zmyję smutno wrogi napis na klatce schodowej)

3. Zaproszę na mój ulubiony polski obiad (yyy trzeba będzie poczytać co to dokładnie oznacza) kogoś kto przyjechał z daleka: sąsiada z Ukrainy, uchodźczynię z Czeczenii. Albo upiekę ciasto i poczęstuję pana z najbliższej kebabowni.

4. Zrobię paczkę (ale taką od serca!) dla jakiejś polonijnej organizacji na wschodzie. Tu kilka pomysłów: Donbas, Kresy, Syberia, Mołdawia. Albo wyślę miłą kartkę do kogoś kto uczestniczył w Powstaniu. 



5. Kupię sobie jakiś fajny polski reportaż, obejrzę nowego Koterskiego, posłucham Manamu i polskiego folku. Pobawię się z Rochem w kalambury z polskich przysłów. Poczytam mu książki, których nie ma w kanonie lektur ( a szkoda). Pójdę na potańcówkę (jeśli akurat będzie) do Ambasady Muzyki Tradycyjnej. Tak fajnie być częścią jakiegoś kulturowego kodu.

6. Odwiedzę jakiś Polaków nieoczywistych: Tatarów na Podlasiu, Romów na Pradze albo Kaszubów. Pójdę do Polin. Fajnie, że są częścią tej nieoczywistej układanki.

                         

7. Zrobię jam muzyczny z polskimi piosenkami (bez tej o rozmarynie) w Domu Opieki Społecznej (albo innym chętnym miejscu) Wezmę ze sobą dobrze śpiewających kolegów co by mnie nie przegonili z widłami.

8. Przyłączę się (na chwilę choć wypadałoby na dłużej) do Obozu dla Puszczy. Bo oni dbają (między innymi) o Polskę, jak mało kto.



9. Przepiszę ręcznie jakieś świetne polskie wiersze (wcale nie patriotyczne na wysokim C ale już np. Pan Tadeusz by się nadał. A jeszcze lepiej Brzechwa.) i powkładam za wycieraczki. Albo zrobię z nich mini wlepki i ponaklejam na puszki z groszkiem w Tesco.

10. Odwiedzę mały osiedlowy sklepik (ha! nie odwiedzę bo przecież święto) albo rzemieślników - też z ciastem jak pana od Kebaba (poproszę o radę kolegów, którzy dobrze pieką aby nie skończyło się jak w punkcie numer 7)

11. Pogadam (i będę się starała nie pokłócić) z rodakiem, z którym mi (w poglądach) bardzo nie po drodze. 


poniedziałek, 29 października 2018

Ballada o dyrektorach szkół

Temat edukacji niestety rzadko jest na topie. A przynajmniej nie tak często jak - moim zdaniem  - powinien. Jakoś tam interesuje rodziców sześciolatków. Czasem elektryzuje na FB przez żenujące smaczki z podręczników. Lubimy sobie popsioczyć, że generalnie jest źle. Jednak nie licząc afer czy dramatycznych reform nie gości na pierwszych stronach gazet. A przecież "Nie chcesz wojen? Inwestuj w edukację dzieci". Dlatego...



Nasz lekcje doprowadzają uczniów do łez

Ostatnio podczas lekcji strasznie się wszyscy spłakaliśmy. Na tapecie była Australia (tworzymy książkę kucharską z deserami z całego świata, a przy tym omawiamy kulturę i geografię krajów, z których pochodzą) i kiedy doszło do sytuacji Aborygenów, Straconego Pokolenia i zaśmieconej góry Uluru, to po prostu popłynęły łzy.  Fajnie mieć czas na emocje związane z przerabianym tematem. Móc wgłębiać się w tematy, które nas interesują. Żonglować programem, rozmawiać o swoich przemyśleniach. W nauczaniu domowym o takie cuda łatwo. 

Nie śpię bo trzymam dziennik

W dobrej szkole też jest na nie miejsce. A Edukacja Domowa nie jest opcją dla każdego. Wymaga (niejako z definicji) znacznie większego zaangażowania całej rodziny. Dlatego - mimo, że nasza obecna przygoda jest fascynująca- jeszcze nie podjęłam decyzji jak potoczą się ścieżki do wiedzy pana Roszka.
W Polsce nie brakuje rozmaitych placówek alternatywnych: montesoriańskich, waldorfskich, freinetowskich czy demokratycznych. Nie tak ważna jest jednak konkretna metoda co ludzie, którzy za nią stoją. A niestety ci zaangażowani, poszukujący pedagodzy często się w systemowych szkołach duszą. Więc idą do społecznych albo zakładają własne miejsca. Najczęściej płatne (i to nie mało). Z jednej strony wcale się (tym poszukującym pedagogom) nie dziwię. Z drugiej - dobra edukacja powinna być dostępna dla wszystkich. Dlatego najbardziej cieszą mnie wieści o wspaniałych placówkach publicznych, których wbrew pozorom troszkę jest. Niektóre całkiem z kosmosu. Dziś chciałam Wam przedstawić moje ulubione odkrycia czyli szkoły Sawickich, Szkołę w Radowie Małym oraz nie do końca szkołę ale pomysły edukacyjne Mariny Hulii.

Siedmioro własnych dzieci i jeszcze prowadzą szkołę. Kosmici.

O Sawickich usłyszałam już lata temu: małżeństwo z Warszawy z siódemką dzieci, prowadzi na wsi w Beskidach publiczne szkoły w metodzie Marii Montessori.
Zaczęli od jednej w 2001 roku. Wójt borykał się z ogromnymi problemami finansowymi w podstawówce w Koszarawie Bystrej. Uczyło się w niej tylko kilkanaścioro dzieci.  Zaproponował Sawickim dzierżawę budynku szkoły za niewielkie pieniądze. W zamian oczekiwał pomocy w oszczędnym zarządzaniu placówką. Zafascynowani metodą Montessori postanowili zrobić rewolucję. Początki były trudne - subwencja oświatowa wynosiła 350 zł na dziecko miesięcznie, a potrzeby dwa razy takie.  Pracownie były bardzo ubogo wyposażone. Wszystkie materiały do pracy projektowali i przygotowywali  nauczyciele. Sawiccy ruszyli głową - brakujące do funkcjonowania szkoły pieniądze uzyskali z wynajmowania pokoi gościnnych. Przygotowali je na piętrze budynku szkoły. Innym pomysłem na pozyskanie pieniędzy było prowadzenie sklepu z rzeczami z drugiej ręki oraz warsztatów edukacyjnych. Obecnie Sawiccy mają całą sieć szkół w całej Polsce. Do ich bazy noclegowej w Koszarawie zjeżdżają się entuzjaści metody Montessori z całego świata. Bezpieczną przystań znajdują u nich też rodziny w Edukacji Domowej. Zgodnie z prawem dziecko będące w ED musi być zapisane do szkoły, by pod koniec roku zdać w niej egzaminy. U Sawickich domowi uczniowie dostają nie tylko stosowny papierek ale i bardzo kompleksowe wsparcie. 
Na początku października byłam na organizowanym przez nich zlocie rodzin z Edukacji Domowej zapisanych do ich szkół. Całość zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Kilkaset nieprawdopodobnie zaangażowanych, poszukujących rodziców. Śmiałe, elokwentne dzieciaki (pewien sześcioletni młodzieniec sprzedał mi za bezcen kilka ametystów). I budząca podziw organizacja całego wydarzenia. Wykłady (np. o rozwoju mózgu, eko osadach, podstawach Montessori), dyskusje (jak motywować, kreatywne pomysły na języki obce, wykorzystywanie mediów podczas nauki), koncert wskrzeszonego przez szkołę zespołu folkowego, ognisko. A przy okazji zbieranie kasy na sąsiedzką rodzinę, której spłonął dom. Tu mała relacja:





Cuda w byłym PGR

A teraz z gór przenieśmy się na południe. Radowo Małe to popegeerowska wieś. Jak wiele podobnych mierzy z rozmaitymi społecznymi i ekonomicznymi problemami. Ale zjeżdżają się tu po inspiracje edukacyjne ludzie z całego świata. A to było tak:
Kilkanaście lat temu miejscowa szkoła wpadła w ręce Ewy Radanowicz. Bardzo bym chciała ją poznać bo to bohaterka (podobnie jak Sawiccy i Marina Hulia) całkiem filmowej historii. Takiej na hollywoodzki film. Ze zwykłej (a wręcz narażonej na rozmaite problemy) placówki, stworzyła eksperymentalne miejsce, które podawane jest na różnych konferencjach jako wzór (poniekąd tak się o niej dowiedziałam).

Dbałość o to by wszyscy dobrze się czuli, przejawia się już na poziomie aranżacji przestrzeni. W salach i na korytarzach stoją staroświeckie kredensy, lustra w pięknych ramach, komody i kufry. Ściany zdobią prace plastyczne (aktywność artystyczna włączana jest przy omawianiu praktycznie wszystkich przedmiotów). W bibliotece miło jest usiąść przy wspólnym, wielkim stole albo na wygodnej kanapie. Klasy zostały urządzone przez uczniów i ich wychowawców - pełno w nich skarbów znalezionych na strychach. Ważną funkcję pełnią pracownie tematyczne: teatralna, podróżnicza, kulinarna, ceramiczna, witrażowa czy chemiczna. Oprócz zdobywania konkretnej wiedzy wynikającej z prezentowanego w danej sali tematu, uczniowie uczą się poszukiwania informacji, słuchania, mówienia, twórczego rozwiązywania zadań, pracy w grupie. Gotowanie to także nauka matematyki. W sali teatralnej oprócz spektaklów odbywają się rozmaite warsztaty, w tym z edukacji emocjonalnej. Mam nadzieję, że niebawem i my będziemy mogli coś zaproponować w Radowie, póki co informacji jak idea przekłada się na praktykę szukałam w Internecie. Na blogu Juniorowo znalazłam taki opis sali podróży: "(…) to sporej wielkości szkolna klasa. Pod ścianami – kufry, walizy i inne podróżne akcesoria. Jest nawet sombrero, na półkach – atlasy, książki, globus. Kiedy tam wchodzimy, na środku stoi spora drabina. Dzieci po kolei wspinają się na nią i z wysoka patrzą na kolorowy model góry. Potem na kartkach malują to, co zobaczyły. Tak się robi mapy. Łatwo to zrozumieć, kiedy można samemu zabawić się w kartografa.(…)"

Podstawę programową w Radowie Małym realizuje się łącząc tematy z kilku przedmiotów w jeden projekt lub warsztat w mieszanych wiekowo grupach.
Dwa, trzy razy w roku realizowane są duże projekty. Są to kilkudniowe, niecierpliwie wyczekiwane wydarzenia. Jest to coś w rodzaju festiwali nauki w działaniu, w które zaangażowani są wszyscy uczniowie i nauczyciele. Poza tym przez cały rok wiele działań prowadzonych jest w formie warsztatowej, projektowej.

Na blogu można też przeczytać taką wypowiedź dyrektorki dotyczącą sposobu prowadzenia zajęć:
"(…) Każde dziecko przynajmniej przez 6 godzin w tygodniu pracuje warsztatowo. Dla klas I-III nazwaliśmy to „Edukacją w działaniu”. Klasy IV-VI realizują zajęcia projektowe „Stół mądrości. Blok zajęć jest tak zorganizowany, że dzieci mają najpierw aktywność niekonwencjonalną, potem zadania otwarte i potem warsztaty – i tak przez 6 godzin w tygodniu przez cały rok szkolny. (…) Kiedy zaczynaliśmy działać, nasze projekty organizowaliśmy tak, że właściwie były bezpieniężne. Bazowaliśmy na tym, co udało się zdobyć – papier, patyki, kamienie, stara odzież, to, co każdy mógł przynieść z domu, rzeczy, które komuś były niepotrzebne nam przydawały się do realizacji zajęć. My dawaliśmy nasz czas i pracę, bo w tych początkowych projektach nasz udział nie był opłacany. Potem pojawiła się możliwość pozyskiwania środków z funduszy Unii Europejskiej. Zaczęliśmy pisać projekty i pozyskiwać te środki.(…)"

Pieniądze udaje się też uzyskać dzięki działalności Stowarzyszenia Wolne Inicjatywy Społeczne, które twórcy szkoły sami założyli. Podobnie jak Sawiccy środki na rozwój działań zdobywają też dzięki funkcjonującej na terenie szkoły bazie noclegowej i wizytom studyjnym. 

Szkoła na dworcu Brześć

Marinę Hulię poznałam w Brześciu gdzie razem działałyśmy z uchodźczyniami z Czeczenii. Przez wiele miesięcy uciekinierzy od tortur i prześladowań, koczowali na białoruskim dworcu z nadzieją, że uda im się przejść na polską stronę. Ja byłam tam tylko na chwilkę zrobić projekt laleczkowy, Marina działała już od dawna. I działa nieprzerwanie. Najpierw na dworcu założyła szkołę demokratyczną. Teraz wsparcie i edukację zapewnia tym, którym udało się w końcu wjechać z rodzicami do Polski i czekają na uregulowanie sytuacji prawnej. Dzień po dniu stara się wprowadzić do życia swoich uczniów zabawę i uśmiech. Marina ma niekonwencjonalne pomysły i ogromną siłę przebicia. Jeszcze na Białorusi umiała wynegocjować dla dzieci bezpłatną salę zabaw czy pokazy filmowe. U zaprzyjaźnionego księdza aranżowała miejsce, w którym matki wspólne przyrządzały czeczeńskie przysmaki. Taka bezpieczna podróż do ojczyzny za pomocą talerza. Załapałam się wtedy na pilav… Ach co to był za pilav! 
To co w tym wszystkim najpiękniejsze to fakt, że nie stawia czeczeńskich dzieciaków w roli biorców. Przede wszystkim dba o ich rozwój emocjonalny. Na dworcu dzieciaki radziły sobie ze złością tworząc rysunki uśmiechniętego celnika. Teraz dba o sytuacje, w których czeczeńskie i polskie rodziny mogą się poznawać i zaprzyjaźniać.  Odwiedzają szkoły i przedszkola zainteresowane poznaniem czeczeńskiej kultury. Regularnie goszczą też z piosenkami i rozmaitymi pomysłami u seniorów z Domu Samotnej Starości. Pieniądze na swoje działania zdobywają równie twórczo - sprzedając samodzielnie wykonane i ozdobione karmniki czy wykonane przez mamy lalki i torby. 

wtorek, 2 października 2018

Aroganckie aligatory i brudne bagno

Jak tam u Was? My zakończyliśmy tournée po mazowieckich szpitalach z naszym teatrzykiem i już na dobre zawekowaliśmy we wspaniałej Farfurni w Beskidzie Niskim. Towarzyszymy tu w edukacyjnych odkryciach i zmaganiach miejscowej dziatwą. 
Nasi towarzysze w tej przygodzie są w różnym wieku więc czasem rozmawiamy o kosmosie a czasem pochylamy się nad literką B.
Ponieważ najbardziej na świecie lubimy pożyteczność padł pomysł by z powstałych podczas spotkań opowiadań na literę stworzyć książeczki i wysłać je do zaprzyjaźnionej Polonii z Mołdawii i z Ałtaju. Poza poznawania liter dla starszych jest to niezły pretekst do powtórzenia czym jest rzeczownik, czasownik, przymiotnik, przysłówek i tp. Potem może będą nam służyły jako dyktanda.
Przeczytajcie co powstało do tej pory. 

Agresja a amory
Aborygenka Amelia Amarylis atakowała Amerykę. Ale Amerykanin Antek atakował Australię. Arogancki ancymon analizował antyczne atrakcje aby angażować agresywne aligatory. Amoralna Amelia anulowałaby atak ale am, am Australię... Aligatory amputowały alejkę Amelii Amarylis. 
- Aaaa!!!! - artykułowała Amelia. Adresowała Arturowi Andrusowi atrakcyjne anegdoty aby anonsował anons: "Alarm, alarm! Agresywne aligatory!"

Ilustracje: Tysia i Łucja

Brudne Bestie
Bobrzyca Barbara, baran Benek byli bardzo brudni bo bagno było blisko.
- Bee - Beknął baran, bowiem bobrzyca baraniała bo baczyła byka. Był Bonifacy był buntownikiem bo był bardzo bujny. Bódł bydło blisko bagna. 
- Bam, bam! Bęc, bęc! Bum...

Kiedyś dawno temu stworzyliśmy już Alfabet Emocji, ale tworzenie kolejnych opowiadanek z kolejną dziatwą jest bardzo, bardzo klawe.