środa, 4 lipca 2018

Szafiarka - śmieciarka

"Skąd Ty bierzesz te wszystkie wspaniałe kreacje? " - nie pytacie, więc chętnie odpowiem:
- Ze śmietnika!

No dobra, nie tylko. Choć przyznaję, że często przy tym moim osiedlowym znajduję różne cuda, np.

Ze śmietnika nie dziecię a kiecka H&M (wiem, że to najbardziej niechlujne zdjęcia szafiarskie ever ale tytuł mówi sam za siebie)


Zatem piorę je, czasem nieco przerabiam i jestem rada. Szperanie na śmietniku (nawet jeśli chodzi o czyściutkie rzeczy zostawione obok kontenera) dla wielu bywa kontrowersyjne. A szkoda bo marnuje się przez to mnóstwo wspaniałych rzeczy. Mogłyby spokojnie trafić do czyjejś szafy a zasilają wysypiska.
Myślę (nie ja jedna), że jesteśmy w takim miejscu (klif nad przepaścią), że powinniśmy mocno zawęzić produkowanie nowych rzeczy do tego co na prawdę niezbędne. Na świecie jest już tyle ubrań, że spokojnie poradzilibyśmy sobie przerabiając stare lub tworząc na znacznie mniejszą skalę rzeczy lepszej jakości. Dlatego rękami i nogami jestem za give boxami.
To przeznaczone na ten cel pudła (szafki, kredensy), do którego sąsiedzi wkładają nie potrzebne już rzeczy. Np. tę (moim zdaniem piękną i co ciekawe jest to kolekcja modelowa Mody Polskiej) kieckę udało mi się znaleźć w takim pudle na Nowolipkach:


A taki give box czyli Pudło Wymiany, wraz z harcerzami postawiliśmy na Ochocie przy Klubokawiarni Życie Jest Fajne:


Planuję zrobić listę takich Pudeł na terenie Warszawy (a może taka już jest?).

Często to co noszę to łupy z wymianek. Spotykam się ze znajomymi (albo nieznajomymi jeśli wydarzenie jest na mieście), każdy przynosi co mu już zalega w szafie i się wymieniamy. Prosta filozofia.
Obecnie praktycznie cała zawartość mojej szafy (poza bielizną) to rzeczy niekupione. Od wielkiego dzwonu nie mogę się powstrzymać i kupuję to co oferują staruszki na bazarach, wyprzedające to co mają w szafie.

Fajną alternatywą świadomego pozyskiwania ubrań są też bazarki charytatywne czy rozmaite spółdzielnie.

Tych, którzy jeszcze chcieliby pogadać o sensownej konsumpcji i ofiarach składanych dla naszej pełnej szafy zapraszam na warsztaty w Stole Powszechnym:

Zdjęcie pochodzi ze strony

Łatwo zapomnieć kto robił naszą sukienkę czy dżinsy z sieciówki. A przecież za odzieżą z popularnych marek stoją konkretne ręce przy konkretnej maszynie. Mimo, że fason europejski, to jeśli wczytamy się w metkę, lakoniczny napis przypomni nam o pani z Bangladeszu, Chin czy Maroka. Podczas spotkań chcemy przypomnieć o tych, którzy faktycznie są twórcami ubrań – o szwaczkach.
Porozmawiamy o ich sytuacji, a także ozdobimy ubrania z sieciówek haftami nawiązującymi do tradycji kraju, z którego pochodzą. Jako pierwszy pod lupę, a raczej na igłę weźmiemy Bangladesz. Przeszukajcie swoje szafy, wczytajcie się w metki i zobaczcie czy macie ubrania wykonane w bangledaskich fabrykach. Zapraszamy z nimi na warsztaty. Nie będzie to haft dokładnie bangledaski, ponieważ nie chodzi nam o to by kraść motywy, których autora nie znamy. Mamy nadzieję, że ów motyw, noszony jak piękny transparent stanie się punktem wyjścia do rozmów na tematy takie jak etyczna moda, świadome zachowania konsumenckie, sytuacja krawcowych w Azji.
Haftować nauczy nas: Lyudmila Naidenowa.
Koszt: co łaska do kapelusza. Połowę zebranej kwoty dostanie prowadząca, drugą połowę prześlemy na konto fundacji Manusherjonno, która wspiera krawcowe w Bangladeszu.
Weźcie ze sobą: Ubranie, które chcecie ozdobić haftem (made in Bangladesz). Mile widziane igły i muliny.
Obowiązują zapisy na: projekt,czujczuj@gmail.com
Za pomysłem stoi Hania Kaminskai projekt Projekt CzujCzuj

wtorek, 19 czerwca 2018

Plastik fantastik

Prolog
Od jakiegoś czasu (po zachodzie słońca jak dziatki śpią) wraz z grupą wspaniałych osób pracuję nad pewną proekologiczną aplikacją.
Pominę, że to w sumie zabawne, że taka antysmartfonowa Amiszka jak ja, chce stworzyć aplikację... Grunt, że robię różne bardzo egzotyczne dla mnie rzeczy, jak sporządzanie biznesplanu, szukanie inwestorów i tp. i td. 


Wtem!
Którejś nocy trafiłam na granta na ekologiczne innowacje. Termin deadlinu był bardzo bliski (kilka godzin) , więc niewiele myśląc (i nie sprawdzając kto jest grantodawcą) zaczęłam składać wniosek.
Dopiero jak już złożyłam przyszła refleksja. Np. fakt, że to troszkę dziwne, że w jury nie ma żadnych ekologów tylko blogerzy podróżniczy. 
Eee, no spoczko. Jak się dużo jeździ to się widzi:

wyspy śmieci (ta największa ma rozmiary Teksasu)



narodowe ptactwo w postaci szybujących foliówek (tak sobie żartowali moi znajomi z Jordanii, my z tych torebek robiliśmy z uchodźczyniami lalki na sprzedaż)


 i kilka innych rzeczy. 
Zawsze kiedy pokazuję dzieciakom slajdy z ośrodków dla uchodźców mówię, że ogrom śmieci to nie kwestia tego, że ludzie z danego kraju są brudni tylko wynik tego, że nie ma pieniędzy na bardziej podstawowe potrzeby niż utylizacja (w świetle tego czyje śmieci przychodzą do polskich spalarni to już w ogóle wielowątkowe story).

Mimo wszystko ekspertami to nas jeszcze nie czyni (my do naszej aplikacji zatrudniamy ekologów). Ach i chyba umknęło mi coś jeszcze ważniejszego. Ja tu się czepiam jury (co oni winni, że ktoś ich zatrudnił) a organizator jest bardzo, bardzo nieciekawy. 

Tam tararam... 
Chodziło o Żywiec Zdrój. Znany i nielubiany koncern produkujący butelkowaną wodę. Czyli, że mamy do czynienia z klasycznym, klasyczniutkim greenwashingiem. Ktoś (czyli Żywiec) mydli nam oczy abyśmy czegoś nie zobaczyli. Np. sadzi drzewka (już i tak za dług ten post, więc pominę jak sadzenie drzewek ma się do ekologii) by nimi zasłonić tony plastiku.
Ups, robić eko projekt z kimś takim? Eee... To nie etyczne? No i z takim grantodawcą bylibyśmy na starcie spaleni u naszej grupy docelowej.
Zaczął się najbardziej luksusowy dylemat świata - przyjąć kasę jeśli ją dostaniemy? Zdecydowaliśmy, że (jakby co) wycofamy się. Na szczęście (nie szczęście? fajnie byłoby wzgardzić zastrzykiem gotówki ) okazało się, że przy składaniu wniosku nie wypełniłyśmy jakiejś rubryczki (nie radzę pisać wniosków o 2.00 w nocy, drogie dziatki!).

fot. Dominik Cudny dla Kontakt


I śmiesznie i straszno
A potem jeszcze okazało się, że całą akcję wspiera Martyna W. i głosi opowieści dziwnej treści. Że niby plastik lepszy od szkła. To już się w ogóle zrobiło ciekawie. Nic tylko wyciągnąć popcorn i obserwować rozwój wypadków.
Oby tylko plastikowe rewelacje Martyny nie utrwaliły się w głowach jej fanom.
Na szczęście pod postami aż huczy.
A dla mnie lekcja nad lekcje by ZAWSZE sprawdzać kto daje kasę. Bo cel nie uświęca środków.

Epilog
A tym, którzy twierdzą, że "przecież nie da się zrezygnować z platiku" odsyłam np. na Zero Waste Polska

Inspirująco aż miło i można sobie ułożyć w głowie to i owo.
Kilka krajów np. Kenia i Tajwan zakazali plastiku - różnie im to wychodzi ale chyba zauważyli, że stoimy nad przepaścią.
Tu ciekawe info w temacie.

ps. Świat pełen jest zacnych ludzi, którzy z dobrego serca na pewno przypomną mi jakiś wspólny posiłek jedzony plastikową łyżeczką albo wyśledzą w sieci zdjęcie na którym okazuje się, że mój dom to wielki, dmuchany zamek (z wiadomego surowca). Nie jestem ideałem. Jakoś tam się staram. Budujemy nasze place zabaw i zabawki ze śmieci właśnie dlatego, że bolejemy nad tym, że tak ich dużo.


środa, 13 czerwca 2018

Autobusy i tramwaje

Kiedy będę już bardzo stara mam taki plan (w moim odczuciu pyszny) - zaopatrzę się w spódnicę z przepastnymi kieszeniami, do środka napcham mnóstwo śliwek w czekoladzie i będę jeździła od pętli do pętli. Aby zagadywać młodych (albo innych staruszków).




Teoretycznie mogłabym wcale nie czekać do 90-tki. Spódnica z przepastnymi kieszeniami się znajdzie. Póki co wolę jednak inaczej pożytkować czas. Zatem nie od pętli do pętli a tylko czasem, między przystankami,  inni pasażerowie oferują mi rozmaite historie. Kilkoma chciałam się z Wami podzielić:

***


Jadę z J. tramwajem. J. ma autyzm i jakąś tam niepełnosprawność intelektualną ale jest bardzo dowcipny i empatyczny. Kiepsko mówi ale potrafi dużo przekazać... No dobra, tyle wstępu.
Do tramwaju wchodzi podpity koleś i wgapia się w Azjatę, który siedzi przed nami:
- Siedzi żółta małpa. Ja tu podatki płacę i nic z tego kraju nie mam. Wyniosą nas na taczkach brudasy... - i dalej w ten deseń.
Miałam się odezwać ale J. mnie ubiegł:
- Oluś, moja Oluś. Co on gada? Żółta małpa? Deeeebil! - i zaśmiał się dobrodusznie na cały tramwaj, jak gdyby nigdy nie słyszał nic bardziej absurdalnego. Kilka osób też się uśmiechnęło. Przestraszyłam się, że agresor się wścieknie (tym razem na J.) ale tylko spąsowiał i wyciągnął tableta.
J. mistrz!




***


Siedzimy z tymże J. na przystanku. Pada deszcz ale nam suchutko. Przysiada się przecudna staruszka.
- Oj zmokłam jak kura... - zaczynamy rozmawiać. Okazało się, że też pracowała z niepełnosprawnymi, była pielęgniarką, trzem osobom uratowała życie... Nagle nachyla się nad Idką i całuje ją w rączkę.
- Ech, przydałaby mi się taka wnuczka...
- To może kiedyś razem pójdziemy na spacer? J. w tym parku wyprowadza psy.
- O taaak! - cieszy się J.
- Och wspaniale, wspaniale! - staruszka cała się rozpromienia, wymieniamy się telefonami i już nadjeżdża jej autobus.
Ledwie zamknęły się za nią drzwi a nachyla się do mnie młoda kobieta. Dwóch synków wisi jej po bokach.
- A ja mogłabym się przyłączyć do spacerów? - pyta uroczo zaciągając. Pewnie jest z Ukrainy albo Białorusi. - Bo my tu jeszcze nikogo nie znamy.



***




Wracam z Rochem (aż wstyd się przyznać ale trochę po nocy) do domu. Na przystanku na ławeczce przysiadło się dwóch nieźle podpitych koleżków. Jeden dzierżył w dłoni wielką pakę kiełbasy. Mój synek zaczął robić do niego słodkie oczy i przesyłać uśmiechy. Próbowałam jakoś odwrócić jego uwagę ale Rochu nie da sobie wciskać kitów. W końcu nachylił się z wózka do koleżki i mówi:
- Jestem smakoszem kiełbasy... - (kilka chwil wcześniej rozmawialiśmy o smakoszach).
- Eee, mogę mu dać?
Najchętniej bym zaprotestowała ale Roszek zaczął entuzjastycznie wykrzykiwać "tak, tak!" jakby nie jadł od trzech tygodni (właśnie wracaliśmy z gigantycznej, wegetariańskiej kolacji), więc dostał kiełbę (wielkości połowy swojej ręki albo i lepszą).
Nadjechał wreszcie autobus, my weszliśmy z przodu a ziomale od wędlin z tyłu. Jedziemy sobie, nagle słyszę krzyki z tyłu. Patrzę: ziomki się biją i to na ostro a na dodatek chyba wciągnęli w to jakiegoś bogu ducha winnego innego pana.
Czasem jestem na prawdę mało mądra (albo i nie czasem) bo podeszłam bliżej (a raczej potoczyłam się z tym moim brzuchem, Roszek został w wózku) i mówię:
- Hej, hej przestańcie, bo zadzwonię po 112. - Miałam nadzieję, że reszta autobusu się też zaktywizuje ale tylko tam patrzyli i kręcili głowami.
- Ej, ja ci kiełbasę dałem! - stwierdził z wyrzutem koleś.
No i trochę mnie zatkało.

***

Jedziemy z Rochem tramwajem, nagle wchodzi ekipa legionistów i śpiewają na cały pojazd. "No świetnie" -myślę- "Roś zaraz zacznie płakać". Ale on nie płacze tylko patrzy na zgraję spode łba. Nagle słyszę: "eeej no patrz! Dzieciak jest rewelacyjny. Ale mały, ja nie mogę". A kiedy wyszliśmy z tramwaju dwóch nawet chciało sprezentować Rosiowi szalik i stwierdzili "Fajny dzieciak, taki zdrowy" (nie wiem czy wyglądał na zdrowego z tym prokuratorskim wzrokiem ale bardzo jestem dumna z mojego synka, że się umie z każdym zaprzyjaźnić)




***



Wchodzę z Roszkiem do windy w metrze, jedzie z nami staruszek. A raczej nie staruszek tylko starzec. Staruszek kojarzy mi się z małym zasuszonym panem a ten mężczyzna... Ma z 80 lat, długą siwo rudą brodę, policzki jak jabłuszka, twarz usianą zmarszczkami i śmiejące się, mądre, błękitne oczy. Nie wiem kto bardziej jest nim urzeczony (i w związku z tym intensywniej się w niego wgapia) ja czy Roch. Gdy stajemy na peronie nie wytrzymuję:
- Pan wygląda jak z rosyjskiej bajki!
- No coś takiego! A pani ma coś wspólnego z rosyjskimi bajkami?
Blablabla zaczyna się rozmowa. W końcu dochodzi do Roszka.
- A jak ten młody człowiek się nazywa?
- Roch
- No coś takiego! Ja mam wnuka Rocha. Ale on jest daleko, w Szkocji... A to jakaś tradycja rodzinna takie imię?
- Nie, to od mojego ulubionego antropologa, Rocha Sulimy.
- No coś takiego! A pani ma coś wspólnego z antropologią?
- No, z pasji... Bo tak w ogóle to jestem psychologiem.
- No coś takiego! A ja biologiem ale antropologia też jest moją pasją. Niech pani sięgnie do mojego plecaka, tam jest bardzo ciekawa książka o antropologii i klimacie..
- Wie pan co? Roszek nie ma dziadka, może chciałby pan pójść kiedyś z nami na spacer?
Od słowa do słowa, wymieniliśmy się mailami a Roszek może będzie miał przyszywanego dziadka (a pan Ryszard wnuczka) !




***
Jadę z synem tramwajem, wchodzi jakaś pani. Zachwyca się Roszkiem i zaczyna opowiadać o swoich wnukach, po ile mają lat i, że nazywają się Nikola, Oliwier i Eryk.
- A ja, jak ja się nazywam?- pyta o imię Rocha w pierwszej osobie.
- Roch.
- A to nie ładnie. Nie chrześcijańskie imię.
- Ale przecież był święty Roch!- protestuję i uśmiecham się na wspomnienie imion prosto z Biblii, jakie mają wnuki tej pani.
- Święty, nie święty... Dam ci dobrą radę- mniej się uśmiechaj bo masz bardzo brzydki uśmiech!
:) (tylko emotikonki mi zostały)

ps. Wcale nie uważam, że pani była wredna, po prostu dobrze zinterpretowała mój ironiczny uśmieszek.



***

zaczęłam rozmowę ze staruszką w autobusie. Takie tam zwyczajne o ciąży, wnukach, kręgosłupie. Nagle (już miała niedługo wychodzić) pyta się mnie "Czy pani ma internet? Bo jeśli tak to proszę zapamiętać- moje nazwisko jest podobne do Flisak, ja jestem Fitak i jestem autorką bardzo ciekawej zabawki edukacyjnej. Tam na stronie pani znajdzie mój telefon. Proszę zadzwonić, my się na pewno zaprzyjaźnimy". No to wpisałam:






***


Wracam koszmarnie zmęczona z Rochem do domu. Nagle wchodzi koleżka. Wymachuje butelką z niebieskawym płynem i drze się do telefonu na cały autobus:
- Ciapate to... Ciapate tamto. I już mnie h... bierze, że taki śmieć ma pracę a ja nie mam. Ja bym te wszystkie ludzkie śmieci...
- Może pan przestać gadać takie rasistowskie rzeczy? Nie chcę aby mój syn tego słuchał. - zapiszczałam jak Myszka Miki. Zawsze mi się robi taki cienki głosik jak się zdenerwuję.
Koleżka mnie olał, tylko zaczął narzekać do słuchawki:
- "A nic, jedzie tu taka ku... i mi pizdę zawraca" (to w sumie było nawet śmieszne). Nagle odezwała się babcia, która siedziała obok. Taka zwyczajna babcia w moherowym berecie i z wózeczkiem na zakupy w kratę.
- Człowiek to powinien być człowiekowi człowiekiem a nie wilkiem. A pan pije za dużo energetyków i dlatego jest taki nerwowy. U mnie w rodzinie była taka sama sytuacja i lekarz powiedział, że to od nich.
Przyjemniaczek wyłączył telefon, stwierdził "sorry" i się uciszył.