wtorek, 12 czerwca 2012

Wesele

Każdy dzień w Kurdystanie był pełen niespodzianek i zupełnie inny od poprzedniego. Za to noce wyglądały podobnie. 
Co wieczór szłyśmy do naszego miejsca, czyli schodków tuż pod cytadelą. Stoją tam stoliczki z motywem Twittiego w stroju pielęgniarki na obrusach. Szumi woda kolorowych fontann na placu obok, zagłuszana przez stukot kafelków od gry zwanej OK. Nad nami czarne niebo, ciągniemy sziszę i opijamy się herbatą. Dużo tej herbaty, więc w pewnym momencie oddalam się w kierunku toalety. Na posterunku zostają Czarli i Basia. Nie mija więcej czasu, niż potrzeba go by wymówić słowo 'tamburyn', a do dziewczyn podjeżdża samochód. Bardzo głośny i wesoły samochód, wypełniony liczną rodzinką. Jak to w Kurdystanie- zaczyna się rozmowa: 'skąd jesteście?' 'a co robicie?'. Gdy wracam do gry, mamy już zaproszenie na wesele.
Wesele ma być w Bristolu. Och i ach. Przed samą imprezą wyobrażamy sobie jak wystawnie to wszystko będzie urządzone. Jak się objemy. Tylko chyba troszkę za mało jesteśmy eleganckie...
fot. Czarli Bajka

Bristol okazuje się być skromną salą weselną. Na tle pięknych Kurdyjek obwieszonych złotem, faktycznie wyglądamy nieco ubogo ale wcale nieźle- Basia w spódnicy w maki. Czarlotka w błękitnej, ażurowej, na którą trzeba uważać, bo w każdej chwili może opaść. Ja w prawdziwej kurdyjskiej, którą zakupiłam na bazarze, ciut za szerokim więc przepasanej dwoma długimi balonami.

fot. Czarli Bajka

Co do jedzenia, to praktycznie go nie ma. 
 Na luźno rozstawionych stołach, przy których siedzą już rodziny- my mamy miejsce z tą, która nas zaprosiła-, gdzieniegdzie stoi miseczka winogron. Mniej więcej w połowie imprezy, wchodzą falafele w foliowych torebkach. A w rogu sali mieści się okienko sklepiku. Jak ktoś jest bardzo głodny, może się tam obkupić. Skala, ośmiolatka z naszej rodziny, kupuje w nim żelki w kształcie zębów i dżdżownic. I to by było wszystko co mam do powiedzenia, w temacie jedzenia na weselu.
    fot. Czarli Bajka
Za to życie towarzyskie kwitnie. Początkowo próbujemy się połapać we wszystkich genealogicznych kombinacjach, które z przejęciem tłumaczą nam kobiety przy stole. Gdy stwierdzamy, że to chyba awykonalne, nasze rozmówczynie przerywają wykład i obwieszają nas złotem. Ja i Czarlotka  dostałyśmy po pierścieniu, Basi trafia się medalion. Tak ozdobione możemy ruszyć w tany.  
Jak się pewnie domyślacie ani winogronkom ani falafelowi w miseczce, nie towarzyszył alkohol. Mówiąc wprost nie ma ani kropelki alkoholu - ktoś dokładny, mógł by się przyczepić do buteleczki zmywacza do paznokci, który kitram w torebce, ale rzecz jasna nie zamierzamy go spożywać. O ile jednak na polskich weselach, zazwyczaj, głównie się je i pije a tańczy ewentualnie pod koniec, z lekko wstawionym wujkiem Kazkiem, tutaj taniec trwa nieprzerwanie od początku.  
Najpierw zgraja jodłujących kobiet, wita machając kolorowymi chustami poślubioną parę. Młodzi -ona w olbrzymiej sukni przypominającej bezę, on w gustownym garniturze- zasiadają na tronach, na specjalnym podeście pod ścianą i nie opuszczają ich, niemal przez całą imprezę. Cierpliwie pozują to setek zdjęć i obserwują tańczących. Widzieliście kiedyś tańczących Kurdów? Nie? To prawdopodobnie nie poznaliście żadnych Kurdów. Kurdowie tańczą przy niemal każdej okazji. I bez okazji też. Zazwyczaj są to, jak i na weselu, tańce w korowodzie, trzymając się za dłonie, małe palce, ramiona lub pod łokcie. Zdarzają się również tańce w parach, gdzie każdy gest ma jakieś znaczenie. Tutaj jednak wszyscy przebierali nogami w korowodzie , którym przewodził wodzirej, przez nas zwany kogucikiem. 
   fot. Czarli Bajka

Oczywiście nie ma jakiegoś specjalnie wynajętego wodzireja (poco ktoś taki, gdy ludziom nogi same rwą się do muzyki?). Jest to funkcja zmienna, którą przyjmuje zwykle co bardziej żwawy jegomość. Do jego zadań należy machanie kolorową chustą i energiczniejsze- niż reszty "stada"- dobieranie kroków. Osób tańczących solo praktycznie nie ma, nie licząc małych dziewczynek, również machających chusteczkami. Co jakiś czas rozlega się charakterystyczne jodłowanie: "jajajajajaja". 
Pozostajemy na parkiecie przez prawie cztery godziny. Chwała Bogu, kroki jak na kurdyjskie tańce, są tu wyjątkowo proste i praktycznie się nie zmieniają, w odróżnieniu do muzyki. Pod koniec pannę młoda wraz z tronem porywają kobiety, a jej oblubieńca zebrani mężczyźni. Niestety nie wiemy co zrobili z tym biedakiem, bo same zbyt zajęte byłyśmy wyciąganiem rąk do panny młodej  która mazała je henną. Której udało się wrócić z brązową plamą na dłoni, ta szybko wyjdzie za mąż.
 
    fot. Czarli Bajka

Jeszcze pamiątkowe zdjęcie -a raczej kilkadziesiąt zdjęć, chodzą plotki, że panna młoda trwale oślepła od błysku fleszy- i koniec wesela. Dziś wyjątkowo bez rundki w grę OK
Do domu, palulu i spać.

1 komentarz:

  1. My na wesele zatrudniliśmy zawodowego barmana od Cocktails World. Powiem tak - wow! Naprawdę urozmaicił imprezę, która przez wszystkich znajomych została uznana za jedną z najlepszych, na jakiej byli. Naprawdę istna rewelacja. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jedna osoba jest w stanie swoją znajomością tematu tak urozmaicić wieczór. Drinki były rewelacyjne, polecam! :)

    OdpowiedzUsuń