sobota, 25 sierpnia 2012

Lwów gastronomiczny

Zawsze fascynował mnie fakt, ze wystarczy przekroczyć ukraińską granice i trafia się do innego świata.


Hamburg czy Ostrave zagubiony - głuchy- wędrowiec, mógłby wziąć za Polskę.
Lwów jest zupełnie inny; począwszy od panującej na ulicach mody, poprzez estetykę placów zabaw, skończywszy na typie komplementów, od panów przed sklepem - chyba, ze się jest zagubionym, głuchym wędrowcem, który nic nie słyszy. To jedna setna wyliczanki różnic, które można by wskazać. 
Uwielbiam we Lwowie tajemnicze podwóreczka, ormiańskie tropy, babuleńki z kwiatami, klimat dworca- gdzie przepych miesza się z abnegactwem i tak cudownie słodko-duszno pachnie (Wystarczy zostać tu jeden dzień by tym zapachem przeniknęły płuca, by całemu się w nim lepić... Dopiero wtedy czujemy ten lwowski luz, serdeczną, lekko kpiącą radość).
Ale co tam ja... Podejrzewam, ze gdy Maciej Nowak przybywa do Lwowa przezywa coś na kształt nerwowej ekstazy. Bo Lwów to nieoficjalna mekka restauracyjnych recenzentów. A jeśli nią nie jest to powinna być. Restauratorzy wykazują tu, niespotykana u nas, wyobraźnię i pozbawiona chęci otarcia się o skandal odwagę. Znajdziemy tu i tradycyjna restauracje żydowską, w której można, a nawet trzeba targowac sie o ceny potraw. I knajpę w stylu UPA. I bistro sado macho i intrygująco bzmiaca loze masońska... 
Niestety nie jestem kulinarnym recenzentem. Być kimś takim to dla mnie synonim "dostać gwiazdkę z nieba". Czasem naprawdę wiele bym dala by na kilka chwil stać się ponad stu kilowym, kontrowersyjnym gejem (czyli Maciejem N.- którego skądinąd bardzo lubię i poważam i jeśli kiedykolwiek tu zajrzy, serdecznie z tego miejsca pozdrawiam).


Ale we Lwowie nikt nie wie kim jestem...
Liczyłam, ze kiedy wejdę do restauracji i przedstawie sie jako kulinarnaja jurnalistka kelner natychmiast skloni sie w pas i zaproponują mi -rzecz jasna za darmo- najlepsze smakołyki tego lokalu, a ja im za to zrobię reklame na blogu. Niestety... Być może jest to fantastyczny sposób na darmowa wyżerkę i macie z pól tuzina opowieści o tym jak Wasz kumpel Wojtas zjechał tak cale Stany Zjednoczone i nie wydał nawet pół dolara... Niestety lwowscy kelnerzy sa sprytniejsi od najsprytniejszych misiaczków i nie dali się zwieść dziewczynie w bluzie z kapturze proszącej od wejscia kontakt do szefa kuchni. Mimo, ze moje knajpiane wycieczki nie były darmowe - w związku z czym przeważnie kończyło się nie na uczcie zmyslow tylko na rozmowie- to udało mi się tu dokonać co nieco ciekawych odkryć.

Zlota Roza na Starojewrejskiej -obok synagogi
Dla lubiących brak jasnych zasad, tudzież po prostu kulturę żydowską, polecam restauracje Zlota Roza. Wszystko jest tu na miejscu. Wystrój bardziej przypomina stare, żydowskie mieszkanie niż restauracje ale urządzony jest z dbałością o najmniejszy szczegół. Gra klezmerska muzyka -podobno czasem także na żywo. Piękna kelnerka przedstawia się kiedy przychodzi nas obsłużyć i myje nam ręce przed posiłkiem. 


Nie dajcie się zwieść jej urokowi, bo wyjdziecie na tym tak krucho jak ja. Na Starojevrejskiej nie ma ustalonych cen, o wszystko musicie się wytargować. Kiedy to usłyszałam wyobraziłam sobie siebie; zajadam się pysznym kuglem a następnie ze swada wytargowuje go za 1 hrywne...


Niestety kiedy doszło co do czego, czarnooka, spokojnooka kelnerka - po prostu duszegubnica- okazała się tak sympatyczna, tak zjawiskowa, ze nie dość, ze zapłaciłam jej tyle ile chciała, to jeszcze zostawiłam - na jej życzenie- podarek (sfora balonowych psów ujada, za moja sprawą na kolejnych zakątkach globu...). Nie popełniajcie mojego błędu, oszrońcie serca i przybywajcie tu bo warto. Na rosołek z naleśnikami, na lody domowej roboty, na sałatkę z kurkami... Marny ze mnie kulinarny recenzent, bo nie rozwodzę się nad kruchością, konsystencja, nie analizuje pikantności. Jak mi Wyborcza -albo ktokolwiek inny- zacznie za to płacić, obiecuje, ze się po rozwodzę.

Kryjowka, Rynek 14 
Dla tych którzy nie znają historii lub nie robi ona na na nich wrażenia, otworem stoi Kryjówka.


Jest to miejsce, w którym ukraińskie młodziaki bawią się w UPA. Na ścianach karabiny z którymi można zapozować do foteczki na facebooka. Jest w centrum, ale nie ma żadnego szyldu -taki psychologiczny myk, który daje wrażenie, ze jest to miejsce tylko dla wybranych. Pogłoskom, ze trafić tu mogą tylko nieliczny kłam zadaje kolejka przed wejściem. Otwiera nam umundurowany strażnik, świdruje przenikliwymi oczami i pyta o hasło - najbardziej pożądane to oczywiście 'Wolna Ukraina' lub 'Sława gierojom, śmierć wrogom'. Podobno ochrona z karabinem czuwa by nie dostał się tu żaden Rosjanin. Kilka lat temu grupa lwowskich komunistów złożyła zażalenie do Lwowskiej Obwodowej Prokuratury z prośbą o zamkniecie tego miejsca. Jako powód podali miedzy innymi wzniecanie nienawiści miedzy narodami. Ot, cena bycia legendą. Podają tu własną wódkę. 

Dla lubujących się w standardzie czeka Puzata chata, ul. Strzelców Siczowych.

Piwa spróbować np. w podziemiach Browaru Lwowskiego na Klepariwskiej 18.

Na dzień dobry kupujemy tu bilet, który upoważnia do zwiedzenia browaru jak i kosztowania. Następnie bierze nas w obroty dziarska przewodniczka, opowiada nam o tradycjach piwowarskich we Lwowie. A te są wcale nieskromne. Pierwsza wzmianka o browarach na tych terenach pochodzi z roku 1425. Historia samego Browaru Lwowskiego sięga 1715 roku, kiedy książę Stanisław Potocki przekazał jezuitom działkę w Kleparowie na Krakowskim Przedmieściu. Jednocześnie wydal zgodę na prowadzenie browaru. W ten sposób powstał pierwszy we Lwowie browar o przemysłowym charakterze. Potem zakon jezuicki został rozwiązany, a ich browar przechodził z rąk do rąk. Miedzy innymi w 1896 roku przejęło go Lwowskie Towarzystwo Akcyjne Browarów. 
Przed II wojną lwowski browar przedsiębiorstwo produkował między innymi Eksport, Leżak,, Podwójne słodowe, czy Porter Imperia i reklamowały go znane w Polsce hasła jak: "Lwowskie piwo to jest klasa, robi z chłopa super asa" i "Sto lat żyje, kto lwowskie piwo pije". „Prawdziwy smakosz pija tylko piwo lwowskie”,czy „Kto chce żyć bez troski, pije piwo Lwowskie”. 
Po wojnie browar pod panowaniem sowieckich władz przędł gorzej, aż w 1999 roku został wykupiony przez Baltic Bewerages Holding. I teraz ma się ponoć znakomicie, o czym na pewno nie poświadczę ja, bo nie cierpię piwa.

Loża Masońska Rynek 14 -tuż nad Kryjówką
Bogatych i spragnionych tajemnicy czeka najdroższa restauracja Lwowa - a reklamuje się jako najdroższa w całej Galicji; Loza Masonska


(naprzeciwko ratusza). Wchodzimy na piętro, gdzie znajdują się trzy pary drzwi. Tylko jedne mają klamkę. Ale i tak są zamknięte. Żadnej wywieszki, żadnej informacji- to chyba we Lwowie jakiś trend. Po chwili drzwi się otwierają „Państwo do mnie?” – pyta facet w szlafroku, o fizjonomii perwersyjnego dziadunia. Potem uprzejmie - na tyle na ile uprzejmy może być perwersyjny dziadunio- prowadzi dalej. Wnętrze ciekawe, ściany pokryte masońskimi symbolami i portretami masońskich sław. Przy fortepianie przeboje Edith Piaf śpiewa urokliwa diva z boa. Jeśli naprawdę chcecie się pokazać -ja może i bym chciała ale mnie nie stać – będziecie wniebowzięci. Za sałatkę zapłacimy ok. 500 hr, kieliszek wina 250 hr. Biednych i skromnych poratuje karta klubowa , która daje 90% zniżki. Kartę tę można dostać od ręki w innych zakładach sieci „Lokal”, np. w kawiarni Diana na Rynku - wspomniana Kryjówka, tez należy do tej sieci. Zdecydowanie warto tu przybyć jednak nie na jadło, nie napitki czy towarzystwo. Nawet urocza diva przy fortepianie nie robi takiego wrażenia co tutejsze toalety;


Masoch Cafe, Serbska 7

A może nie macie kasy ale za to lubicie sado-maso? O, to trzeba Wam do Masocha.


Inspiracją do powstania tego miejsca były utwory Leopolda von Sacher Masocha. Od jego nazwiska pochodzi termin na określenie zaburzenia seksualnego- masochizm. Wsławił się literackim opisem eksperymentu, który zawarł w grudniu 1896 z baronówną Fanny von Pistor, na mocy którego przez sześć miesięcy miał być jej niewolnikiem. Wydana rok później książka "Wenus w futrze" opisywała ten eksperyment. Została sprzedana na pniu i stała się światowym przebojem. Na ścianach restauracji są cytaty z tej książki, rozmaite nawiązujące do tematu rysunki i gadżety. Drzwi maja tu kształt szczeliny zamkowej, jako symbol podglądania. Kuchnia oferuje rozmaite afrodyzjaki a urocza kelnerka Oksana sieknie przez tyłek pejczem.

Kopalni Kawy, Rynek 10

No dobra, a co jeśli nie w głowie Wam takie paskudztwa jak UPA, sado macho czy bój się Boga, piwa? W domu Was uczyli żeby się nie targować? Wówczas zapraszam do Kopalni Kawy. Tam żadnych pokus ni zasadzek. Tylko zapach kawy. No i najprawdziwsza kopalnia!


Doprowadzi nas tu zapach ale na ewentualność, ze odwiedzacie Lwów z nieżytem nosa podaje adres; Rynek 10. Pierwsze wrażenie nie jest piorunujące, ot dobrze wyposażona kawiarnia. Kiedy schodzimy jednak pod ziemie, w ciemne korytarzyki, czujemy się jakbyśmy trafili wprost do jednej z bajek Gustawa Morcinka. Albo jakiegoś mało znanego filmu Kutza. W ciemnej sztolni słychać szum wagoników i odgłosy pneumatycznego młota. Transporter wynosi na górę ziarna prawdziwej kawy. Podobno kiedyś cale ściany były w kawowych ziarenkach. Być może za dużo turystów zeskrobywało, "po jednym na pamiątkę", bo teraz ich już niestety nie uświadczyłam. W ciemnych jaskiniach nie brakowało za to barmanów serwujących rożne gatunki -jak łatwo się domyślić kawy. O ile w restauracji sado maso rozszerzyłam swoja wiedzę o pana Masocha to tu dowiedziałam się o istnieniu niejakiego Jurka Kulczyckiego- szlachcica z Kulczyc koło Sambora, którego wszyscy tutaj kultywują. Dopiero przy wyjściu orientuje się- o głupia, o naiwna- ze to wymyślona postać. A wiec wiedza się niestety nie rozszerzyła. Nie mniej biografia Kulczyckiego warta jest uwagi.
Zagłębiał tajniki górniczą, łaciny oraz greki a nawet nauki przyrodnicze w lwowskiej bursie. Chodził tez pomagać lwowskim alchemikom. i badać z czego składa się świat. Wśród materii które badał była i kawa – nieociosana i niejasna substancja, którą przyjmowano jako odpady. A po resztę tej bogatej w zwroty akcji historii wybierzcie się do Lwowa. Tylko, ze wy już się nie dacie nabrać.



Okazuje się, ze lwowskie restauracje i kawiarnie to nie rzeka a ocean.
Chyba nie skończę tego wątku, dlatego będę do niego po prostu dodawać i dodawać. I może kolo 80 siatki Lwów gastronomiczny już nie będzie miał przede mną tajemnic...

4 komentarze:

  1. czytając twój opis odniosłem wrażenie, że to już gdzieś było. I jest. Na blogu mojej koleżanki z 2008 roku.
    Proponuję podawać źródło, kiedy przepisuje się cudze myśli.
    http://www.granatowo.pl/ukraina/knajpa-kryjowka-lwow.php

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziekuje za uwage, akurat nie kozystalam z artykulu Twojej kolezanki, poprostu temat jest ten sam i trudno o czyms tak specyficznym pisac calkiem inaczej. Ale z blogiem chetnie sie zapoznam i pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry. Zauważyłam, że ostatnio ktoś wysyłał z mojego konta jakieś obrzydliwe wiadomości. Zapewne poczuł się Pan słusznie obrażony, za co bardzo przepraszam i jest mi bardzo przykro. To się oczywiście nie powtórzy.

    OdpowiedzUsuń