sobota, 11 sierpnia 2012

Spotkania z szychami

"- Jutro macie spotkanie z ministrem edukacji"
"- Koniecznie stawcie się rano u dziekana uniwersytetu."
"- Pierwsza dama chce Was poznać."

Jeśli jesteś w Kurdystanie i robisz w miarę pożyteczne rzeczy to po prostu niema możliwości, nie ma takiej opcji, byś wcześniej czy później nie wylądował u jakiejś szychy na złoconej kanapie. Poczęstują Cie słodka herbata - to akurat żadne mecyje bo taka herbata poczęstują Cie wszędzie od punktu gdzie się kupuje bilety po szpital- obfotografują. Nieraz zaproszą tłumacza by dokładnie zrozumieć co masz do powiedzenia - i byś Ty na pewno zrozumiał co Twój wysoko postawiony rozmówca ma do powiedzenia. Na pierwsze takie spotkanie idziesz zaintrygowany. Dumny- 'nono, będzie co opowiadać znajomych. Coś się jednak znaczy...'. Podczas wizyty jesteś lekko onieśmielony ale z czasem  poczucie wiary w siebie rośnie. Twoi rozmówcy słuchają zaintrygowani, dopytują o wszystko. Snujecie wspólne Polsko-kurdyjskie plany. Wychodzisz z wizja wielkiego biznesu przed oczami. Tyle tylko, ze po tygodniu czekania na telefon od ministra, który - pamiętasz jak dziś, ze zaśmiewał się z Twoich żarcików- orientujesz się, ze te spotkania nic nie znaczą. Minister więcej nie dzwoni, choćby nie wiem co naobiecywał dla Twojego projektu. W Polsce pewnie jest podobnie ze słownością znaczących osób, z ta różnicą, ze u nas szychy o takie spotkania nie zabiegają.
Dla wielu Kordów jesteś tym kogo znasz. Dlatego tak dużo się mówi o kontaktach w rządzie, pokazuje wizytówki, przedstawia egzotycznych przyjaciół. W irackim Kurdystanie  wszyscy działacze się znają, współpracują.
Ta otwartość na poznanie ludzi z zagranicy i dzielenie się kontaktami często była dla nas bardzo cenna. Kiedy pierwszy raz jechałyśmy do Kurdystanu, nie wiedziałyśmy o nim praktycznie nic. Nie miałyśmy żadnego adresu pod który się kierować. Miałyśmy plecak zapakowany materiałami na warsztaty z dzieciakami, w głowie projekt co z nimi robić i tyle. W autobusie poznałyśmy dwóch mężczyzn, ojca i syna. Młodszy od wielu lat mieszkał w Niemczech, starszy jest Kurdem z Syrii, jak większość Kordów, mocno zaangażowanym politycznie. Zaprosili nas do swojej mieszkającej w Duhok rodziny która jechali odwiedzić po 8 latach rozłąki. Kiedy powiedziałyśmy im o naszych planach warsztatowych okazało się ze działacz zna managera największej w Iraku organizacji od praw człowieka Pao. Wkrótce robiłyśmy warsztaty dla dzieci z przedszkola, wiezienia dla dzieci (które trafiły tam z rodzicami) i ośrodka dla uchodźców. Zostałyśmy dopuszczone do robienia poprawek przy dokumencie o ochronie praw dziecka, dużo rozmawialiśmy o przyszłych wspólnych warsztatach. Po powrocie do Polski czułyśmy się strasznie ważne- Kurdystan czeka, " ważne sprawy ważnych ludzi"... Tymczasem po jakimś czasie  okazało się, ze pracownicy Pao wcale nas specjalnie nie wyczekują. Dużo rzeczy mówi się zupełnie niezobowiązująco. Nie odpisywali na maile, nie odbierali telefonów. Uznałyśmy, ze nie będziemy im zawracać głowy i pojechałyśmy do Kurdystanu na własną rękę, kontynuować nasz projekt. Gdy zajechałyśmy do PAO okazało się, ze są otwarci jak zawsze i chętni do współpracy...
Zaprzyjaźniony Kurd, nalegał byśmy wzięły udział w spotkaniu w Unii Studentów. Spodziewałyśmy się bandy ludzi w naszym wieku, radzących gdzie wyskoczyć na piwo. Tymczasem wita nas zespół ubranych w garnitury ludzi w wieku średnim, rozmowa toczy się na mahoniowych, pozłacanych fotelach i wysłuchujemy wykładu o historii unii studentów w Kurdystanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz