niedziela, 10 listopada 2019

Nie wierzę!

Mamy bardzo dobre wieści. 
Nasz projekt w programie SPA w Ogrodzie, który robiliśmy o świcie (póki dziatki nie wstały), czerpiąc energię ino ze słońca i wiary, że to ważne, wygrał w programie Wzmocnione dofinansowanie na rozwój - 40 000zł.
(spłakałam się przy wynikach jak bóbr)
                                                                      Fot. WzmocniOne
Wszystko zaczęło się od tego, że padłam.
Troszkę ponad rok temu nieoczekiwanie zostałam samodzielną mamą. Jakby mało było mi zmian, równocześnie przyjęłam propozycję pracy przy cudownym projekcie edukacyjnym w małej wiosce na Podkarpaciu. Szybko zaczęły mi się kłopoty ze zdrowiem a ja ze słodkiej mamusi muminka zaczęłam się zamieniać w Bukę.


Moja mama wraz z macoszką, aby mnie wesprzeć zafundowały mi wyjazd do SPA. Byłam w szoku jak szybko chwila skupienia tylko na sobie, zadbania o swoje ciało przekłada się na spokój emocjonalny i pozwala dalej zdrowo funkcjonować. Na stole do masażu było mi cudownie. W głowie zatrybiła mi myśl „każdej mamie przydałaby się taka możliwość relaksu… To by się przełożyło na zdrowie całego społeczeństwa. A co z mamami, które opiekują się swoimi dziećmi non stop? Bo dziecko ma chorobę przewlekłą albo niepełnosprawność?”.
Mamy ogólnie bywają zmęczone. Ciągła uwaga i ogromna odpowiedzialność, 24 godziny na dobę są trudne. Mamy osób z niepełnosprawnością są w szczególnej sytuacji.
- Bo dochodzi często strach o życie i przyszłość
- Bo logistyka jest zacznie trudniejsza i droższa
- Bo muszą posiąść wiedzę właściwą specjalistom po długich studiach
- Bo często wypadają z rynku pracy, znajomi się odsuwają
- Bo opieka nad dzieckiem często wiąże się z wielkim wysiłkiem fizycznym i siada im zdrowie
- Bo jest to praca na całe życie, bez zapewnionej emerytury.

Wymyśliłam, że na Dzień Matki zorganizuję imprezę z masażem, henną i innymi przyjemnościami dla znajomych mam, których dzieci mają niepełnosprawność.
Pracuję jako terapeutka, w związku z czym znam środowisko osób, które mierzą się z takimi wyzwaniami. Wciąż jeszcze zbierałam się po tamtym zmęczeniu, więc myślałam, że to będzie mała kameralna akcja. Założyłam grupę na facebooku aby zebrać specjalistów od pracy z ciałem, chętnych do udziału w wydarzeniu…



I ruszyła lawina.
Okazało się, że mnóstwo osób chce się przyłączyć. I to nie tylko masażyści, fryzjerzy czy animatorzy do dzieci, ale też ktoś kto gotuje czy po prostu chętnie pozbiera śmieci po wydarzeniu.

Ostatecznie póki co zrealizowaliśmy:
                                                          fot. Oliwia Rogalska

- 8 wydarzeń plenerowych (strefa relaksu) w trzech miastach (w tym SPA na onkologii i w domu spokojnej starości). Tu ukłony dla koordynatorek - Katarzyna WiteckaOlga ZołuszkaAnna LisowskaDorota Dziarska Basia Firlej i wszelkich innych cudownych specjalistów od pracy z ciałem, animatorów i innych pomagaczy.

- SPA Latające z którym docieramy do domów mam unieruchomionych w domach, z którym dotarliśmy na ten moment (bez żadnego dofinansowania) do 24 mam (było pyszne jedzonko, fryzjer i masaże) - Weronka Karasek 
- Wakacyjny obóz teatralny dla rodzin z dziećmi z niepełnosprawnością i zdrowymi. Było cuuuudnie!!!!


- W Warszawie co tydzień dowozimy warzywa, które przekazują nam bazary do 20 rodzin, które z powodu niepełnosprawności mają problem z mobilnością

- Niebawem ruszymy z mini koncertami organizowanymi przez uchodźców w domach chętnych mam... I tyle jeszcze pomysłów!
Dzięki programowi nareszcie mamy pieniądze na rozwój!
Zakładamy fundację. Jej misją (tak jak i kolektywu, którym jest CzujCzuj) będzie wicie sieci społecznych wokół osób wykluczonych, wraz z wykluczonymi. Nie sprawimy, że zniknie niepełnosprawność ale dzięki wsparciu takim rodzinom może być łatwiej.
Piszę o osobach wykluczonych, bo z takimi działamy. Ale to nie jest historia o jakiejś niszowej grupie społecznej, choć tak bardzo spychamy na obrzeża bliskich osób z niepełnosprawnością, że wydaje nam się jakby nie istnieli. To jest opowieść o miejscu na troskę w naszym społeczeństwie. Nie możemy dobrze funkcjonować jeśli osoby w trudnej sytuacji wypadają poza nawias. W takiej sytuacji jak te mamy może być każdy – nie trzeba mieć dzieci, choroba może dotknąć rodzica czy partnera. Pomóżcie nam stworzyć społeczeństwo, w którym są mocne społeczne sieci i jest miejsce na troskę.

Laureatkami tegorocznej edycji zostały:
💜 RegenerAkcja. Miejsce dla zmęczonych aktywistek i aktywistów
💜 Sztama
💜 Szajn
💜 Projekt CzujCzuj ze SPA w ogrodzie. Dbamy o mamy
Wszystkie inicjatywy dostają wsparcie finansowe w wysokości 40.000.

Dodatkowo Dziewuchy Dziewuchom dostają wyróżnienie i wsparcie finansowe w wysokości 20.000.

piątek, 25 października 2019

Wnętrze kalejdoskopu

Marzyło Wam się kiedyś, by dostać się do wnętrza kalejdoskopu? 
Jeśli tak - idźcie jesienią do lasu. Patrzę w dół, patrzę w górę i niczym w piosence Just5  "wiruje cały świat".


Przy okazji można poprzytulać się do drzew. Nazbierać grzybów. Albo śmieci. Jędrkowi, z którym pracuję tak się spodobało zbieranie śmieci w lesie, że teraz prosi o wycieczkę na każdym spotkaniu. Zatem przemycam terapię między szyszki i igliwie. I jest miło. Iduszka też rada. 


Czasem nawet Roszek się dołączy. Kupiłam tej wspaniałej drużynie specjalne rękawiczki na ten cel, coby nie pobrudzili sobie rąk. Dla nich to fajna zabawa a dla mnie to ciut przerażające, że wystarczy 15 minut by nazbierać takie wielkie wory. 



Gdyby każdy poszedł raz w tygodniu i nazbierał worek, to nie byłoby problemu z zaśmieceniem. Może gdyby faktycznie wszyscy się ruszyli, to ci co wyrzucają też by się pacnęli w czoło, że maaarnie - jak mawia Jęrdek - robią. A jeśli, to nie jest dostateczny powód by ruszyć z torbą na śmieci do lasu, może przekona Was cudowna akcja Książka za worek śmieci. To jest jakiś kosmos, co organizatorka wyrabia. By w środku tego najlepszego z kalejdoskopów były liście i gałęzie a nie butelki i opony. 
Wiadomo, że nie tylko o nasze wrażenia estetyczne tu chodzi. Dla mnie las to świątynia. Mój tata był biologiem, specjalizował się w fotografii owadów. Opowiadał o nich tak, że wszelkie seriale na Netfliksie wysiadają. Jako dziecko weekendy spędzałam w Puszczy Kampinoskiejkażde zaś ferie w Puszczy Białowieskiej. Żubry podchodziły pod naszą chatkę. Ze wszystkimi zaskrońcami byłam na ty. Wystarczyło, że tata odwrócił jakiś konar a zaczynała się historia o jego maleńkich mieszkańcach. Miałam aż nadto czasu by wpatrywać się w gałęzie, kiedy mój tata z brzuchem na ściółce robił zdjęcia swoim mikro modelom. Na jego pogrzebie podchodziło do mnie wiele osób i wspominało "piękne wycieczki po lesie i opowieści o mrówkach, żukach i rosiczce".


Nie trzeba spędzić dzieciństwa wśród konarów i korzeni, by czuć właściwości drzew.  Jedna z uczestniczek naszej grupy wsparcia przerażonych zmianami klimatycznymi, powiedziała, że kiedy zaczyna wariować idzie do lasu. Japończycy mówią o Shinrin-yoku - leśnej, prozdrowotnej kąpieli, na którą składa się niespieszny spacer wśród drzew.

Jest mi smutno, że z powodu zagrożonej ciąży a potem zaangażowania w inne sprawy, nie brałam udziału w Obozie dla Puszczy. Ostatnio dużo kombinuję jak w codzienności z moimi dziećmi, które nie mają ochoty na demonstracje wpływać na obszary, które są dla mnie ważne. Na szczęście w CzujCzuju mamy teatrzyk cieni, za pomocą którego możemy mówić o ważnych dla nas sprawach. Chcemy uwrażliwić na przyrodę małych i trochę większych - dlatego wracamy do gry ze spektaklem o lesie i ogólnie o drzewach. 
Bo je kochamy. 
Bo boli nas jak płoną w coraz powszechniejszych pożarach. 
Bo nie zgadzamy się na wycinki. 
Eksperymentujemy z nową formą i piszemy scenariusz inspirując się legendami, dendrologią, biologią i historiami ludzi, którzy walczyli o lasy i drzewa. Cudna praca na listopadową szarugę.



Na koniec mam do Was wielką prośbę. Chcą zabudować jeden z najdroższych mi lasów - Las Bemowski. Nie trzeba chyba już tłumaczyć dlateczego same takie pomysły są szkodliwe. Podpiszcie proszę petycję za tym aby uniemożliwić zabudowę. 

środa, 16 października 2019

"Wszystko zależy od ludzi"

Za rok Roszek pójdzie do szkoły.
Opuści cudowne waldorfskie przedszkole, gdzie rytm nadają pory roku i fazy samodzielnego pieczenia chleba (począwszy od mielenia ziaren po konsumpcję - bardzo mnie to kręci!). Jest mnóstwo swobodnej zabawy, szycie, pielęgnowanie kwiatków. Zamiast zabawek - chusty, muszle, kasztany, które jednego dnia robią za diamenty a drugiego za stado owiec.

Mam rok aby znaleźć mu równie miłe miejsce. Takie w którym będzie uważność na fazy rozwoju i dziennej aktywności. Dużo kontaktu z przyrodą. Program nauczania rozumiany jako całość, w której jedno wynika z drugiego a nie jest zbieraniną puzli z różnych pudełek. Nie boję się stresu (rozsądnie rozumianego) ale bardzo bym nie chciała aby Roszek stracił zainteresowanie nauką.

Bo (jak pewnie każdy rodzic) toczę z nim raz po raz takie rozmowy:
R: Babcia Ala była bardzo ładna?
Ja: Tak. I mądra. Była profesorem.
R: To żałuje ze jej nie zapytałem o kilka rzeczy. Np. Ile wazy wszechświat, bo o tym myślę od jakiegoś roku.


Pertraktujemy na temat jakiejś domowej zasady. Roszek ma pomysł na coś na co ja nie chcę przystać:
R: To sprawdź czy Romowie nie mają takiego zwyczaju. Albo np. Czeczeni? Trzeba się uczyć od innych kultur!" 

Chciałabym aby w szkole znalazł ludzi, którzy wesprą go w poszukiwaniach odpowiedzi na takie pytania a nie je wyśmieją. Których nie zniecierpliwi podobna sprytną logiką.

Bo nauka jest super i trwa cały czas, w każdym momencie. A zbyt często przedstawiana jest jako sztuka dla sztuki. Przykry, oderwany od życia obowiązek.

Moja kumpela, która jest nauczycielką uważa, że jestem straszliwie anty systemowej oświacie.

Ale ja myślę, że spokojnie mogłabym posłać dzieci do rejonówki. O ile byłaby to mała (może wiejska?) szkoła, na którą miałabym wpływ. Chcę tworzyć społeczność z innymi rodzicami i nauczycielami, mieć wgląd i wpływ na to co się dzieje w świecie, w którym Roszek spędzi w tygodniu tyle godzin.

Podobno "wszystko zależy od ludzi". Są nauczyciele w państwowych szkołach, którzy jakoś omijają przeładowany program i bzdury w podręcznikach.  Chciałabym Wam dziś przedstawić takich właśnie totalnych mistrzów świata. Cała trójka poświęciła kawałek wakacji, by współtworzyć wolontariacko nasz Teatrzyk Powsinogę.


Marian Jaroszewski


Ma fizjonomię i charakter Pana Kleksa i z całą powagą muszę stwierdzić, że jest jednym z ludzi, którzy najbardziej wpłynęli na moje życie. Oraz ukochanym, przyszywanym dziadkiem dla Roszka i Duni. Kiedy się poznaliśmy prawie dwadzieścia lat temu, organizował wycieczki pod Warszawę dla młodzieży a potem wędrowny teatrzyk po wsiach. Mieliśmy klacz Baśkę, która ciągnęła wóz, na którym były bagaże, profesjonalnego reżysera i bardzo miłych widzów. Przy niewielkich kosztach udało się zrobić coś pięknego i żywego.
A potem były kolejne obozy, przede wszystkim przez wiele, wiele lat integracyjne wyjazdy do gospodarstwa Sosnowe, gdzie bardziej i mniej sprawni wspólnie pracowali na polu. Przepiękny czas. Kiedy Marian nie rozwiesza obozowej flagi, jest pedagogiem w prestiżowym warszawskim LO. Swego czasu był też prezesem hipoterapii w Polsce. W każdy (!) weekend organizuje wycieczki w góry. Mówi, że tam najlepiej poznaje problemy uczniów. Poza tym wspólne wędrówki pomagają się zintegrować, dbać o tężyznę fizyczną, przełamywać ograniczenia i są po prostu przyjemne.

 Ola Kuśmierczuk



Chodziłyśmy razem do jednej klasy w liceum i byłam pewna, że zostanie teolożką. Bardzo zabawną teolożką. A tu taki zwrot w karierze. Jest totalną pasjonatką. Uważna i ciepła. Ma miliard pomysłów na minutę... Ale dość już laurki. W przedszkolu, w którym pracuje Ola padł pomysł by cyklicznie robić z przedszkolakami zupę (na której składniki złożą się rodzice) i zapraszać na nią starsze, samotne osoby z okolicy. Takie akcje uczą, że można zrobić coś dla innych w prosty sposób. Pozwalają poznać starszych ludzi, może nawiążą się jakieś przyjaźnie? Pokazują, że lepiej zbudować dłuższy stół niż wyższy mór.

Iza Śliwińska

Iza napisała do mnie dwa lata temu, kiedy Powsinoga wybierał się na Czubajowiznę. "Nauczycielka chemii, która chce w wakacje spać pod namiotem z bandą szalonej dziatwy i strugać kukiełki... Wolontariacko. Nie możliwe." - mruczałam do siebie niczym bohaterki tureckich telenoweli, które każdą myśl, muszą powiedzieć na głos. A jednak Iza jest jak najbardziej realna. Choć mam z nią poczucie jakby wyszła z książki o Pippi Lunstrump. Z werwą i pomysłem pokazuje, że chemia, jest równie łatwa do przełknięcia jak pestki arbuza (pamiętacie z Pippi?).  Dobra, znowu słodzę...
Ale na prawdę OGROMNIE mi imponuje, że Iza odnajduje w swojej dziedzinie tyle radości. Że chce jej się przyjechać z Gdańska na nasze podwarszawskie teatrzykowe harce. I cieszę się, że Roszek wspomina czynione pod jej okiem eksperymenty jako jeden z najciekawszych punktów wakacji.